Ale Historia

Ciekawsza strona historii

Wpisy otagowane „historia”

  • wtorek, 14 lutego 2012
    • KILKA UWAG O POLAKACH I ŻYDACH PO WOJNIE.

      Jest rok 1944. Na ziemie polskie wkracza Armia Czerwona wypierając stąd Wehrmacht. II wojna światowa wkracza w ostatnią fazę. Za rok będzie już tylko wspomnieniem. Do nowopowstających władz lokalnych zgłaszają się ci wszyscy, którzy chcą budować nowy ustrój – socjalizm. Wśród nich bardzo dużą część stanowią Żydzi, którym udało się przeżyć okupację hitlerowską. Jaki stosunek do Żydów-komunistów przyjęło polskie podziemie niepodległościowe i polskie społeczeństwo?

      Między AK a NKWD i UB.

      Działania żydowskich zwolenników Sowietów, były dla partyzantki niepodległościowej zabójcze. Już w styczniu 1945 roku dowództwo AK posiadało raporty m.in. z okręgów wileńskiego i nowogródzkiego, w których meldowano, że Żydzi razem z NKWD mordują Polaków. Miejscowa ludność była poddawana represjom ze strony NKWD, a konfidentami i donosicielami do Sowietów byli najczęściej Żydzi. Tak było m.in. w okolicach Radunia i Ejszyszek. Często też funkcjonariuszami NKWD przesłuchującymi Polaków byli Żydzi np.: w Ejszyszkach. Nie oznacza to jednak, że wszyscy Żydzi, cała ludność żydowska, współpracowała z Sowietami i była nastawiona antypolsko. Raporty AK wyraźnie wspominają iż społeczność żydowska w przeważającej większości nie angażowała się politycznie po żadnej ze stron, ani po stronie Sowietów, ani Polaków. W niektórych okolicach, ludność polska i żydowska nawet współpracowała i żyła w zgodzie. Jednak już na przełomie 1944 i 1945 roku coraz więcej Żydów na terenach wschodniej Polski przechodziło do pracy wywiadowczej w NKWD stając się szpiclami i kolaborując z Sowietami.

      Żydzi donosiciele?

      Narastały konflikty między Żydami-komunistami i miejscową ludnością polską. Często dochodziło do nich na tle porachunków z czasów wojny. Żydzi mścili się na Polakach, którzy wydawali podczas wojny ich współbraci Niemcom lub przywłaszczyli sobie bezprawnie żydowski majątek. W latach 1946-1947 raporty WIN-u pełne były informacji o Żydach zajmujących najważniejsze stanowiska w lokalnych władzach, w MO i UB. Informatorami Sowietów, mieli być, obok pospolitych przestępców, bandytów, szumowin i wykolejeńców, właśnie Żydzi. Oczywiście, obok nich w strukturach UB i MO byli też Polacy i Białorusini. Nie sami Żydzi mordowali miejscową ludność polską. Jednak jej nienawiść wobec tych ostatnich narastała.

      Sprawa Żydów współpracujących z NKWD i UB jest jednak dość skomplikowana. Trzeba traktować ostrożnie informacje o donosicielstwie Żydów do NKWD, czy UB. Jeśli nawet tak było, to nie oni stanowili większość wśród donosicieli, choćby z powodu samej liczebności ludności żydowskiej i ludności innych nacji. Oczywiście, nie może to być usprawiedliwieniem dla tego typu zachowań. Nie wiadomo jednak do końca, jaka była skala tego zjawiska wśród Żydów i czy można mówić o jakiejś jego „masowości”. Nie można twierdzić, że „tylko” lub „głównie” Żydzi byli wówczas donosicielami i kolaborantami. Mimo że Żydów-komunistów współpracujących z Sowietami nie było dużo, to byli aktywni i to wzmacniało w polskim społeczeństwie stereotyp żydokomuny. Niektórzy historycy pokusili się o wyliczenia,  z których wynika, że z rąk Żydów ucierpiało w latach 1944-1947 około 800-1000 Polaków (byli wśród nich zadenuncjowani, aresztowani i zabici z „winy Żydów”). Czy są to liczby prawdziwe i ostateczne, trudno orzec. Zapewne potrzebne są dalsze badania w tej kwestii…

      Dlaczego donosili?

      Trzeba też zadać sobie pytanie: dlaczego Żydzi donosili na Polaków do NKWD i UB? Często powodem była chęć zemsty za krzywdy doznane od Polaków w czasie okupacji. Wielu Żydów denuncjowało tych, którzy nielegalnie przywłaszczyli sobie żydowski majątek i nie chcieli go zwrócić. Były też porachunki między ukrywanymi w czasie wojny Żydami i ukrywającymi ich Polakami (chodziło m.in. o pieniądze, majątek, niespełnione obietnice, czy przyrzeczenia itp. sprawy). Pojawia się tutaj także sprawa Jedwabnego i Radziwiłowa. Po wojnie, część Żydów, którzy przeżyli pogromy z 1941 roku, złożyło zawiadomienie do polskich władz, że w miejscowościach tych Polacy uczestniczyli w zamordowaniu kilkuset Żydów. Zeznawali też przed Żydowską Komisją Historyczną w Białymstoku. Polacy podejrzewani o te mordy byli przez UB przesłuchiwani i torturowani, wielu trafiło do więzienia. Doszło też do kilku samosądów. Ucierpiało wielu niewinnych ludzi posądzonych bezprawnie o udział w tych zbrodniach. Władze komunistyczne starały się dowieść, że Żydów w Jedwabnem i Radziłowie zamordowali „polscy faszyści” powiązani z działającym podziemiem niepodległościowym. Tego typu wydarzenia wpływały bardzo niekorzystnie na relacje polsko-żydowskie.

      Stosunek Polaków do Żydów można rozpatrywać przez pryzmat stereotypu żydokomuny mocno zakorzenionego wówczas w polskim społeczeństwie. Nie jest to jednak do końca spojrzenie obiektywne. Wzajemne relacje polsko-żydowskie były bardziej skomplikowane i trzeba je rozpatrywać indywidualnie, każdy przypadek z osobna, gdyż zawsze były to sytuacje wyjątkowe.

      Źródło: M.J. Chodakiewicz, Po zagładzie. Stosunki polsko-żydowskie 1944-1947, IPN, Warszawa 2008.

      ZOSTAŃ FANEM ALE HISTORII NA FACEBOOK!

      Żydzi z Leżajska przed wojną

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „KILKA UWAG O POLAKACH I ŻYDACH PO WOJNIE.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      docent73
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 lutego 2012 20:19
  • poniedziałek, 13 lutego 2012
    • BISMARCK… BARDZIEJ PRYWATNIE.

      W 1847 roku 32-letni Bismarck rozpoczynał swoją wielką przygodę z polityką. Zaczynała się kariera polityczna człowieka, który na zawsze zmienił oblicze Niemiec i Europy. Jakim był człowiekiem, ten który za chwilę miał wywrzeć tak ogromny wpływ na miliony ludzi na Starym Kontynencie? Czy rzeczywiście był „żelaznym Rolandem”, „germańskim olbrzymem”? Czy był pozbawionym sentymentów i skrupułów mistrzem polityki realizującym „krwią i żelazem”, w brutalny sposób, pruską rację stanu?

      Polityk.

      32-letni Otto von Bismarck, deputowany do Zjednoczonego Landtagu, rozpoczynał karierę polityczną jako wysoki (prawie 190 cm wzrostu), przystojny i wąsaty mężczyzna. Będąc wykształconym poliglotą o dużym uroku osobistym i nienagannych manierach, zwracał na siebie uwagę nie tylko w świecie polityki. Na arenie politycznej, jako dyplomata i polityk, zasłynął z umiejętności szybkiej i trzeźwej oceny sytuacji. Potrafił przewidzieć ruchy przeciwnika i wybrać odpowiedni wariant zachowania się w danej sytuacji. Był mistrzem, jeśli chodzi o przewidywanie nieodległej, politycznej przyszłości. Potrafił trafnie przewidzieć krótkoterminowe rezultaty konkretnych posunięć i decyzji politycznych. Nie potrafił jednak przewidzieć konsekwencji dalekosiężnych. Z tego powodu, podejmowane przez niego decyzje, często na „krótki polityczny dystans” były dobre, ale w dalszej perspektywie czasu okazywały się złe i nietrafione. Trzeba było modyfikować i zmieniać to, co dawniej „stworzył” kanclerz.

      Bismarck i ludzie.

      Bismarck był gentlemanem w każdym calu. Ale pod tą maską krył się twardy, bezwzględny, pozbawiony sentymentów polityk, dla którego credo stanowiła sentencja „cel uświęca środki”. Był człowiekiem żądnym władzy, cynikiem pozbawionym skrupułów. Ludzi traktował przedmiotowo. Byli mu potrzebni dopóty, dopóki byli użyteczni. Ludzi, którzy mogli stanowić dla niego zagrożenie, którzy mogli stać się dla niego konkurencją, usuwał ze swojego najbliższego otoczenia. Kanclerz był mściwy, nienawistny w stosunku do przeciwników, małostkowy, potrafił zachowywać się niegodnie wobec innych osób. Nie były to cechy czyniące z jego osoby miłego i dobrego człowieka. Był nieufny, często popadał w gniew i furię. Z tych m.in. powodów nie miał zbyt wielu przyjaciół. Uczuciem miłości darzył tylko swoją żonę – Johannę.

      Życie prywatne.

      Bismarck był człowiekiem odważnym, chociaż nie był uosobieniem typowych pruskich cnót. Lubił paradować w generalskim mundurze, choć nigdy nie czuł powołania do służby wojskowej. Nie był też obowiązkowym i zdyscyplinowanym politykiem. Już jako kanclerz, potrafił wszystko zostawić i porzucić Berlin, udając się do swoich dóbr, na wieś. Czasami nawet na dłuższy okres czasu. Tutaj na wsi, w lasach i blisko natury, czuł się najlepiej. Jego ulubioną rozrywką było polowanie. Lubił też pojedynki, pływanie i jazdę konną. Dużo czytał. Do jego ulubionych autorów należeli: Goethe, Schiller, Szekspir, Byron. Czytał dzieła historyczne, zwłaszcza von Rankego i von Sybla. Bismarck lubił też muzykę. Bywał na koncertach i w operach. Ulubionym kompozytorem żelaznego kanclerza był Beethoven.

      Kanclerz uwielbiał jeść. Lubił śledzie w każdej postaci, pieczyste, kiełbasy, słodycze, orzechy. Pił ogromne ilości wina, szampana i piwa. Jadał też namiętnie kawior i czajcze jaja. Szybko przybierał na wadze i wkrótce stał się potężnym, postawnym mężczyzną mającym tendencje do otyłości. Jako że prowadził wyczerpujący tryb życia, odbywał dalekie, męczące podróże, hołdował obżarstwu, a zażywał zbyt mało ruchu i relaksu, szybko pojawiły się u niego dolegliwości: bezsenność, lumbago, reumatyzm, dolegliwości gastryczne. Nienawidził i bał się dentysty! I co najciekawsze, Bismarck był hipochondrykiem! Ciągle narzekał na zdrowie, wymyślał sobie choroby i dolegliwości. Naużywał też leków. Na przełomie lat 50. i 60. na bezsenność stosował opium, a potem morfinę (zażywał ją aż do śmierci). Aby podreperować swoje zdrowie jeździł „do wód”, regularnie odwiedzając znane kurorty jak Ems i Kissingen.

      Poglądy na politykę i świat.

      „Germański olbrzym” był konserwatystą i rojalistą. Uważał, że król panuje z bożej łaski. Często powtarzał, że był sługą króla, a nie państwa, że nie ma obywateli, tylko poddani (feudalizm!). Bismarck uważał, że państwo jest po to, aby chronić panujący porządek społeczny i bronić ludzi przed wrogami zewnętrznymi. Najważniejsza była siła państwa. Jednostki nie liczyły się, państwo było ważniejsze. Fundamentem państwa i monarchii miała być klasa junkierstwa, do której należał kanclerz. Był przeciwnikiem absolutyzmu, za idealny natomiast uważał ustrój monarchii stanowej z parlamentem stanowym. Co ciekawe, w parlamencie Bismarck widział też miejsce dla proletariatu, bowiem miały w nim być reprezentowane wszystkie stany, ale pod przewodnictwem junkrów.

      Politykę Bismarck traktował jako sztukę. Mawiał: „Polityka jest sztuką możliwości”. Jego polityczne działania określano jako „Realpolitik”. Polegało to na wytyczeniu celu, ocenie przeciwnika oraz dobraniu metod osiągnięcia celu i pokonania przeciwnika, bez jakichkolwiek sentymentów i ograniczeń etycznych, moralnych, czy innych. Bismarck nie był twórcą „Realpolitik” (w 1853 roku określenie to stworzył August Ludwig von Rochau, autor pracy „Podstawy polityki realnej”), ale jej realizatorem, wykonawcą. W działaniach politycznych był zawsze „straszliwym realistą”, potrafił być cierpliwy, ale i brutalny, choć nie pozbawiony, jak pisze Trzeciakowski, finezji…

      Odbrązowić, odmitologizować…

      Bismarck był osobowością bardziej skomplikowaną niż może się nam to dziś wydawać. Przyporządkowanie go do obrazu „politycznego twardziela” nie jest do końca poprawne. Żelazny kanclerz nie był politycznym geniuszem, a raczej politykiem-fachowcem robiącym dobrze to, co powinien robić polityk. Może więc nasze oceny Bismarcka są trochę na wyrost? Może należałoby odbrązowić i odmitologizować tę postać? Chyba najwyższy czas, aby Bismarck zszedł z piedestału na ziemię, przynajmniej w naszych podręcznikach do historii. O tym m.in. przekonuje nas w swojej świetnej książce profesor Lech Trzeciakowski. Zachęcam wszystkich czytelników do jej lektury.

      Źródło: L. Trzeciakowski, Otto von Bismarck, Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Wydawnictwo Wrocław, Wrocław 2009.

      NA PROFILU FACEBOOK - ALE HISTORIA ZNAJDZIESZ JESZCZE WIĘCEJ HISTORII.

      32-letni Otto von Bismarck - 1847 r.

      źródło: Wikimedia

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      docent73
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 lutego 2012 19:47
  • niedziela, 12 lutego 2012
    • POWSTANIE REPLIKA „PETERA VON DANZIG”.

      Gdańskie Muzeum Archeologiczne będzie budować replikę średniowiecznego okrętu „Peter von Danzig”, którego załoga podczas wyprawy kaperskiej zdobyła i przywiozła do Gdańska obraz Hansa Memlinga „Sąd Ostateczny”. Replika okrętu ma pełnić funkcję pływającego muzeum. W projekt zaangażowane jest też Centralne Muzeum Morskie w Gdańsku. Prace przy replice okrętu mają rozpocząć się w 2013 roku i mogą potrwać nawet 10 lat.

      Replika okrętu będzie mieć 52 metry długości, 12 metrów szerokości, trzy maszty (najwyższy 32 metry!) i żagle o powierzchni prawie 750 metrów kwadratowych. Ładowność jednostki to około 800 ton. Okręt ma być zbudowany przez rzemieślników pracujących dawnymi, średniowiecznymi metodami. Replika powstanie w oparciu o informacje ze źródeł historycznych m.in. na temat statków podobnych do „Petera von Danzig”, nie zachowały się bowiem dane dotyczące akurat tego konkretnego okrętu. W przyszłości statek-muzeum mógłby pływać po morzach i odwiedzać różne porty w Europie będąc również ruchomą reklamą Gdańska.

      „Peter von Danzig” był trzymasztową karaką o długości około 52 metrów, szerokości około 12 metrów i zanurzeniu około 5 metrów. Jego ładowność wynosiła około 400 łasztów (według innych źródeł – 500 łasztów) tj. około 800 do 1000 ton. Powierzchnia żagli to prawie 760 metrów kwadratowych. Załoga mogła liczyć nawet 350 ludzi, kiedy jednostka służyła jako okręt wojenny. Był to wówczas największy statek pływający po Bałtyku (większy od holków i kog). Jego cechą charakterystyczną było m.in. gładkie poszycie kadłuba (na styk), podczas gdy w tym czasie w Europie Północnej stosowano jeszcze poszycie zakładkowe.

      Pierwotnie okręt nosił nazwę „Pierre de La Rochelle” (flamandzka nazwa „Peter van Rosseel”) i został zbudowany w Bretanii. Okręt przybył do Gdańska w 1462 roku z ładunkiem soli, mięsa i masła z La Rochelle. Był to dziewiczy rejs statku. Gdańszczanie nazywali go Wielką Karawelą, chociaż w rzeczywistości była to karaka. Tak wielki statek nie mógł wejść do portu na Motławie, w związku z czym rozpoczęto jego rozładunek na redzie portu. Nadeszła jednak burza, w czasie której okręt został uszkodzony: złamaniu uległ główny, 41-metrowy maszt, w który uderzył piorun. Maszt zdruzgotał pokład, a na domiar złego na statku wybuchł pożar. Okręt udało się jednak uratować i przyholować do portu na Motławie. Rozpoczęto prace remontowe, które trwały kilka lat i były bardzo kosztowne. Francuski armator musiał nawet zaciągnąć pożyczkę na ten cel u Gdańszczan (1000 grzywien). Zabezpieczeniem był sam statek i jego wyposażenie. W międzyczasie francuski właściciel statku zmarł i nie zdążył uregulować długu. Kupcy gdańscy, którzy udzielili Francuzom pożyczki wyprzedali ekwipunek okrętu odzyskując pożyczone pieniądze, po czym porzucili okręt, dalej się nim nie interesując. Władze portu chciały przeznaczyć go do rozbiórki ponieważ zajmował miejsce przy nabrzeżu. W tym czasie wybuchła jednak wojna Hanzy z Anglią i to ona uratowała statek. Remontu okrętu i jego sfinansowania podjęła się Rada Miasta Gdańska, która przejęła go na własność. Okręt został wyremontowany i przebudowany przez gdańskiego szkutnika Hansa Pale. Dodano mu 17 dział, 15 kusz i hakownicę czyniąc z niego jednostkę wojenną. Statek otrzymał też nowe imię – „Peter von Danzig”.

      W 1471 roku okręt wyszedł ponownie w morze. Rozpoczął służbę we flocie hanzeatyckiej. Mógł sprawdzić się w wojnie Hanzy z Anglią, w czasie której stacjonował w Brugii i skąd pod dowództwem Berndta Pawesta operował przeciwko Anglikom. Służba wojenna polegała na patrolowaniu wód kanałuLa Manche, co „Peter von Danzig” czynił w eskadrze złożonej z czterech statków. Ten „olbrzym” skutecznie odstraszał Anglików i paraliżował działania ich floty. W 1472 roku doszło do zdarzenia w wyniku którego okręt prawie zatonął. Poszycie statku zaczęło przeciekać, ale udało się dotrzeć do portu i po kilkumiesięcznym remoncie, przywrócić jednostkę do zadań na morzu. W tym samym roku statek od miasta zakupili gdańscy armatorzy (3-osobowa spółka). Nowym dowódcą „Petera” został Paul Benecke. W kwietniu 1473 roku gdański okręt pod jego dowództwem zdobył po walce okręt „Św. Mateusz” płynący z Brugii, a wraz z nim cenny ładunek m.in. obraz Hansa Memlinga pt. „Sąd Ostateczny”. Obraz został przekazany do Kościoła Mariackiego w Gdańsku (dziś znajduje się w Muzeum Narodowym w Gdańsku). Wojna Hanzy z Anglią zakończyła się w 1474 roku. Rok później „Peter von Danzig” wyruszył w swój ostatni rejs z Gdańska do Francji. We Francji uległ jednak tak dużemu uszkodzeniu, że uznano iż jego kolejna naprawa jest zbyt droga  i nieopłacalna. Wrak okrętu rozebrano i tak zakończyła się historia słynnej gdańskiej karaki.

      ALE HISTORIA, CZYLI JESZCZE WIĘCEJ HISTORII NA FACEBOOK!

      Hans Memling

      źródło: Wikimedia

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „POWSTANIE REPLIKA „PETERA VON DANZIG”.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      docent73
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 lutego 2012 19:17
  • sobota, 11 lutego 2012
    • OLIMPIADA W BERLINIE CZ.4.

      Igrzyska olimpijskie w Berlinie przeszły do historii nie tylko dlatego, że były zawodami sportowymi rozgrywanymi w cieniu swastyki i nazizmu, ale również dlatego, że niektóre zawody niewiele miały wspólnego ze sportową rywalizacją. Jednym z takich przypadków był wyścig kolarski nazwany przez dziennikarzy ówczesnego „Przeglądu Sportowego” parodią wyścigu olimpijskiego.

      Dziwny wyścig.

      Kolarze mieli do pokonania dystans 100 kilometrów po płaskim terenie. Na starcie stanęło kilkuset zawodników, w tym Polacy. Wyścig rozpoczął się o 5 rano na torze samochodowym pod Berlinem, po czym peleton ruszył na 100-kilometrową trasę. Wkrótce zaczęli odpadać słabsi zawodnicy (Turcy, Bułgarzy, reprezentanci Południowej Afryki) oraz pechowcy, którzy mieli defekt roweru. Po około 2,5 godzinach od startu, do mety dotarła grupa około 50 kolarzy. Doszło do fascynującego finiszu, na którym najszybszy okazał się Francuz, mistrz olimpijski z Los Angeles – Charpentier. Drugi był jego rodak Lapebie, a trzeci Szwajcar Nievergelt. Reprezentant gospodarzy Scheller zajął dopiero czwarte miejsce. Na finiszu dał się wyprzedzić Francuzowi i Szwajcarowi. Nie to jednak było ozdobą wyścigu.

      Na finiszu doszło do strasznego karambolu. Kilkadziesiąt metrów przed metą leżało w kraksie sześciu zawodników, w tym Polak Mieczysław Kapiak. Ucierpiał przede wszystkim zawodnik holenderski, który został przejechany przez jeden z rowerów i nie ukończył wyścigu. Problem powstał dopiero na mecie, na którą wjechała duża grupa kolarzy. Sędziowie musieli zadecydować, kto zajął które miejsce. Nie było wówczas jeszcze fotokomórek, ale na szczęście organizatorzy ustawili na linii mety trzy kinematografy filmujące z różnych stron finisz. Zaczęło się oglądanie filmów. Po czterech godzinach sędziowskich narad ogłoszono wyniki kolarskiego wyścigu olimpijskiego.

      Sport niesportowy.

      Ogłoszone wyniki nie usatysfakcjonowały wszystkich, a przede wszystkim Polaków. Okazało się bowiem, że na filmach sędziowie nie zauważyli żadnego naszego zawodnika! Polska ekipa złożyła protest. Naszych dwóch kolarzy (Starzyński i Zieliński) sklasyfikowano w końcu na 16 miejscu. Na tej pozycji sklasyfikowano w sumie 22 zawodników, ponieważ sędziowie nie mogli zadecydować, który z nich zajął które miejsce. Sędziowie nie chcieli też rozpatrzeć protestów niektórych kolarzy, w tym Polaków, dotyczących niesportowego zachowania części zawodników na trasie wyścigu. Okazało się, że niektórzy kolarze łapali przeciwników za koszulki lub siodełka, aby uniemożliwić im finisz. Przypadki te jednak nie zostały rozpatrzone przez komisję sędziowską. Podobno nikt z sędziów tego nie widział.

      Olimpiada w Berlinie rządziła się więc swoimi prawami. Nie były to jedyne przypadki niesportowego zachowania podczas igrzysk i wypaczenia wyników przez sędziów. Do dziś sport nie jest wolny od oszustwa. Zmieniły się tylko sposoby, metody nieuczciwej rywalizacji. Dziś w kolarstwie nikt już nikogo nie ciągnie za koszulkę przed metą, wystarczy „napakować się koksem”, aby na finiszu być szybszym od przeciwnika…

      ZOSTAŃ FANEM ALE HISTORII NA FACEBOOK!

      Berlin 1936 - Hitler, król Gustwa Adolf i królowa Sybilla.

      źródło: Wikimedia

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      docent73
      Czas publikacji:
      sobota, 11 lutego 2012 19:38
  • piątek, 10 lutego 2012
    • NOWE DOCHODZENIE W SPRAWIE WALLENBERGA.

      W Szwecji zostanie przeprowadzone nowe dochodzenie w sprawie śmierci Raoula Wallenberga. Był to szwedzki dyplomata, który w 1944 roku uratował na Węgrzech tysiące Żydów, a po wkroczeniu Armii Czerwonej, zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach.

      Wallenberg był sekretarzem ambasady Szwecji w Budapeszcie i od lipca 1944 roku wystawiał Żydom szwedzkie dokumenty podróżne lub pomagał im ukrywać się przed Niemcami. 17 stycznia 1945 roku został aresztowany przez Rosjan i ślad po nim zaginął. Szwedzi uznali swojego dyplomatę za zaginionego. Poszukiwania, m.in. ze względów politycznych, nie były do tej pory prowadzone zbyt dokładnie i gorliwie. Pod wpływem nacisków dyplomatycznych, w 1957 roku Rosjanie poinformowali, że Wallenberg zmarł 17 lipca 1947 roku na atak serca w więzieniu na Łubiance w Moskwie. Inne źródła podają, że został tego dnia stracony w egzekucji. Relacje świadków mówią jednak o tym, że jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku był więziony w obozach Gułagu. W 1989 roku Rosja przekazała Szwecji osobiste dokumenty Wallenberga, ale nigdy nie przedstawiła świadectwa jego zgonu i nie wydała jego zwłok.

      Kilka tygodni temu naukowcy z USA ogłosili, że z odnalezionych niedawno szwedzkich dokumentów wynika iż KGB blokowało śledztwo w sprawie losów Wallenberga prowadzone na początku lat 90. ubiegłego stulecia. Śledztwo prowadziła wówczas międzynarodowa komisja mająca dostęp m.in. do radzieckich akt więziennych. Dokumenty przekazywane komisji przez Rosjan były jednak cenzurowane i niepełne. Tymczasem w szwedzkim archiwum naukowcy odnaleźli niedawno ważny dokument. Nota szwedzkiej ambasady w Moskwie z 16 września 1991 roku zawiera informację iż były szef radzieckiego archiwum specjalnego Prokopienko powiedział szwedzkim dyplomatom, że KGB zakazało mu prowadzenia dalszych poszukiwań dokumentów dla badaczy z międzynarodowej komisji Wallenberga. KGB zażyczyło sobie również kopie wszystkich dokumentów, które otrzymali badacze z komisji. Autentyczność odnalezionego dokumentu potwierdziło szwedzkie MSZ.

      Raoul Wallenberg pochodził z rodziny szwedzkich bankierów i przemysłowców. Studiował architekturę w USA, znał język angielski, francuski i niemiecki. W 1936 roku rozpoczął pracę w handlu, a potem w bankowości. W Budapeszcie poznał Żyda prowadzącego firmę handlującą artykułami spożywczymi i wszedł do spółki stając się jej współwłaścicielem. W lipcu 1944 roku został sekretarzem szwedzkiej ambasady w Budapeszcie. 200-tysięczna gmina żydowska w tym mieście została przeznaczona przez Niemców do eksterminacji. Żydzi szukali pomocy m.in. w ambasadach państw neutralnych, które przyznawały obywatelstwa i paszporty gwarantujące nietykalność. Taką działalność prowadziła również ambasada Szwecji. Sekretarz ambasady, Wallenberg we współpracy z Nuncjaturą Apostolską oraz Szwedzkim i Międzynarodowym Czerwonym Krzyżem uratował około 100 tysięcy Żydów.

      Rosjanie zatrzymali Wallenberga 13 stycznia 1945 roku, a cztery dni później został on aresztowany przez NKWD pod zarzutem szpiegostwa na rzecz USA. Szwedzkiego dyplomatę potajemnie wywieziono do Moskwy. Wallenberg trafił do więzienia na Łubiance, a potem do więzienia na Lefortowskiej. Prawdopodobnie wiosną 1947 roku wywieziono go na Syberię. Według niektórych historyków, Wallenberga aresztowano ponieważ posiadał wiedzę na temat zbrodni katyńskiej. W marcu 1945 roku Rosjanie podali wiadomość, że Szwed został zabity w drodze do Debreczyna przez niemieckich lub węgierskich faszystów, ale było to kłamstwo w które nikt nie uwierzył. Szybko pojawili się świadkowie, którzy twierdzili, że widzieli Wallenberga lub z nim rozmawiali jeszcze w 1947 roku. Według nich, Szwed miał być wysłany do Workuty, a  potem do innych łagrów na Syberii. Widywano go tam podobno jeszcze w latach 60. i 70. XX wieku. Według jednej z hipotez, mógł on być również więźniem rosyjskiego Centrum Naukowo-Badawczego znajdującego się niedaleko Bajkału.

      W 1987 roku w Budapeszcie odsłonięto pomnik Wallenberga. Został on także honorowym obywatelem USA, Kanady i Izraela, a Instytut Yad Vashem uhonorował go medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

      ZOBACZ ALE HISTORIĘ NA FACEBOOK!

      Roaul Wallenberg

      źródło: Wikimedia

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      docent73
      Czas publikacji:
      piątek, 10 lutego 2012 19:45

Kalendarz

Sierpień 2014

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny