Ale Historia

Ciekawsza strona historii

Wpisy otagowane „historia”

  • sobota, 04 lutego 2012
    • OLIMPIADA W BERLINIE CZ.3.

      Dziś kolejna porcja emocji związanych z igrzyskami olimpijskimi w Berlinie w 1936 roku. Dlaczego akurat te igrzyska? Kojarzą się z historią i to z tą najgorszą: III Rzesza, Hitler, nazizm. Sport w cieniu zbrodniczej ideologii… Ale dziś chciałbym napisać o dwóch wielkich sukcesach Polaków na tej olimpiadzie.

      Sprint kobiet.

      3 sierpnia odbyły się eliminacyjne biegi na 100 metrów kobiet. W pierwszym biegu Amerykanka Stephens ustanowiła fenomenalny jak na tamte czasy rekord świata – 11,4 sek. W kolejnym biegu eliminacyjnym startowała Stanisława Walasiewiczówna – mistrzyni olimpijska z Los Angeles z 1932 roku. Wygrała swój bieg nie wysilając się zbytnio, z wynikiem 12,5 sek. W kolejnym, półfinałowym biegu, Walasiewiczówna zajęła drugie miejsce za Niemką Dollinger, z wynikiem 12,0 sek. W drugim półfinale, znów najlepsza była Amerykanka Stephens – 11,5 sek, a za nią kolejna Niemka Krauss – 11,9 sek. Finał miał być tryumfem niemieckich superkobiet. Zwłaszcza, że Walasiewiczówna narzekała na nadwyrężone ścięgno prawej nogi. Lekarze byli pełni obaw i wydawało się, że na medal nie ma szans.

      Finał odbył się 4 sierpnia we wtorek, przy pełnych trybunach stadionu olimpijskiego w Berlinie. Zwyciężczynią została Amerykanka Stephens. Tego dnia nikt nie mógł jej dorównać. Przekroczyła linię mety samotnie z czasem 11,5 sek. O srebrny medal toczyła się walka między Niemkami i Polką. Walasiewiczówna została na starcie i musiała gonić uciekające Niemki. Na 30 metrze była czwarta, ale w połowie dystansu już zrównała się z Krauss i Dollinger, aby po chwili je wyprzedzić. Z czasem 11,7 sek. Walasiewiczówna była druga na mecie, 2-3 metry za Amerykanką. Z tyłu pozostały Niemki. Polka nie została mistrzynią olimpijską, ale pokazała w Berlinie charakter i „utarła nosa” gospodarzom.

      Dyskobolki.

      Swój wielki dzień miała także nasza druga zawodniczka – Wajsówna, która w rzucie dyskiem zdobyła srebrny medal i została wicemistrzynią olimpijską. Tym razem, lepszą okazała się zawodniczka gospodarzy – Mauermayer. Konkurs rzutu dyskiem pań był jednak emocjonujący. Już w pierwszym rzucie Wajsówna ustanowiła nowy rekord olimpijski – 44,69 m. Na stadionie olimpijskim w Berlinie zapachniało sensacją. Jednak już po chwili Mauermayer poprawiła ten rekord rzucając na odległość 47,63 mi obejmując prowadzenie. Był to jedyny dobry rzut Niemki w konkursie, ale wystarczył, aby zdobyć olimpijskie złoto. Wajsówna nie rezygnowała jednak i w kolejnych rzutach ustanowiła nowy rekord Polski – 46,22 m. Mimo to, nie udało się pokonać Niemki.

      Emocji było więc dużo, a nasze zawodniczki pokazały, że potrafią walczyć i nie boją się faworyzowanych przeciwniczek. Udowodniły też, że rasa panów wcale nie jest tak nadludzko silna i można ja pokonać w sportowej rywalizacji.

      ZOBACZ ALE HISTORIĘ NA FACEBOOK!

       Hitler i Goering oglądający zawody sportowe na stadionie olimpijskim w Berlinie w 1936 r (zdjęcie jest prawdopodobnie fotomontażem - tak mi się przynajmniej wydaje).

      źródło: Wikimedia

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      docent73
      Czas publikacji:
      sobota, 04 lutego 2012 19:38
  • piątek, 03 lutego 2012
    • KRONIKA MIASTA POZNANIA – XIX WIEK.

      Oto skrócona historia miasta Poznania. Wybrałem z jego dziejów najciekawsze według mnie zdarzenia. Są wśród nich wielkie wydarzenia historyczne, które znamy z kart podręczników do historii, ale są i lokalne, mało znane fakty dotyczące życia codziennego Poznaniaków. Dzięki nim będziemy mogli lepiej poznać historię tego interesującego miasta i jego mieszkańców. Dziś część siódma, czyli wiek XIX:

      1805 r. – w Poznaniu zamontowano nocne oświetlenie. Jego roczne utrzymanie wynosiło 1272 talary. Ponosili je mieszkańcy i właściciele domów. Latarnie paliły się tylko w miesiącach zimowych od 17 do 23, z wyjątkiem księżycowych nocy. Zakazano natomiast używania latarni drewnianych ze względu na możliwość pożarów.

      1806 r. – w Poznaniu wydano zarządzenie zakazujące przebywania na ulicach po godzinie 22 pod karą aresztu. Kobiety przebywające po tej godzinie na ulicy, były karane kilkudniowym przymusem zamiatania ulic.

      1829 r. – 19 maja w teatrze w Poznaniu odbył się koncert skrzypka Niccolo Paganiniego. Publiczność była zafascynowana grą geniusza skrzypiec. Pastor Ahner wołał: „To jest diabeł a nie Paganini”. Kilka miesięcy później, 1 i 2 października, Poznań odwiedził Fryderyk Chopin. Dał koncert w pałacu namiestnika.

      1847 r. – „Dziennik Domowy” ukazujący się w Poznaniu, 11 stycznia zamieścił artykuł o modzie: „Najulubieńszym kolorem w ubiorach na ranne wzięcie jest waniliowy lub brunatno machoniowy (…) Staniki są zawsze gładkie, powinny się z przodu otwierać, rękawy półdługie i spod nich dwa podrękawki tiulowe wyglądają (…)”. Ta sama gazeta 14 czerwca informowała czytelniczki, jak skutecznie usunąć piegi: „(…) dojrzałe poziomki najskuteczniej piegi spędzają. Potrzeba je przed zaśnięciem zgniecione do zapstrzonej piegami części twarzy przyłożyć i dopiero nazajutrzranoobmyć, a można być pewnym, że, byle poziomki były dojrzałe, spędzone piegi nie wrócą”. Kilka miesięcy później, 1 listopada, „Dziennik Domowy” napisał o emancypacji kobiet: „(…) czemuż żona ma być posłuszną mężowi? Czyli mąż wie więcej niż żona? (…) Mózg u obojga jest podobny. (…) Murzyn swego koloru zmienić nie może, kobieta zaś płci swojej. Dwie za dni naszych są tylko silne arystokracye: arystokracya skóry i arystokracya brody. A dlaczego? Tylko jeden powód to może objaśnić: mężczyzna jest silniejszy i prawa stanowi”.

      15 września tego roku Poznań otrzymał system drewnianych wodociągów. Inicjatorem inwestycji był Edward hrabia Raczyński. Rurociąg obejmował swoim zasięgiem kilka ulic. Zbudowano też cztery fontanny.

      1848 r. – 3 czerwca do Poznania przybyła „Wielka Menażerya”, czyli objazdowe zoo, które rozłożyło się na placu sapieżyńskim. Można było w nim zobaczyć lwy, w tym lwa białego, pantery, tygrysy, lamparty, hieny, białego lisa, krokodyle, węże, małpy. Menażeria otwarta była od 9 rano do wieczora.

      Źródło: L. Trzeciakowski, Z. Boras, W dawnym Poznaniu. Fakty i wydarzenia z dziejów miasta do 1918 r., Wyd. Poznańskie, Poznań 1974.

      ODKRYJ ALE HISTORIĘ NA FACEBOOK!

      Poznań - Stary Rynek

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      docent73
      Czas publikacji:
      piątek, 03 lutego 2012 19:34
  • czwartek, 02 lutego 2012
    • SZCZĄTKI MOSTU KIERBEDZIA WYDOBYTO Z WISŁY.

      W Warszawie zaprezentowano wydobyte latem 2011 roku fragmenty mostu Kierbedzia, najstarszego warszawskiego mostu zbudowanego w 1864 roku. Konstruktorem stalowego mostu był Stanisław Kierbedź.

      Elementy mostu odnalezionego we wrześniu 2011 roku, zaprezentowano w Instytucie Badawczym Dróg i Mostów w Warszawie. Konstrukcję wydobyto z dna Wisły. Jest to kilka elementów mostu, w tym konstrukcja kratowa mająca kilkanaście metrów długości. Znalezisko ma znaczenie techniczne (most był nitowany, czego dziś już się nie stosuje) i historyczne. Po konserwacji i zbadaniu, fragmenty mostu Kierbedzia będą udostępnione zwiedzającym.

      Stanisław Kierbedź (1810-1899) był Polakiem z pochodzenia, inżynierem w stopniu majora w carskiej armii. Zbudował pierwszy most przez Newę w Petersburgu. Prace przy moście w Warszawie rozpoczęto w 1858 roku. Trwały w sumie 6 lat. 22 września 1864 roku nastąpiło uroczyste poświęcenie i otwarcie mostu aleksandrowskiego (nazwa na część cara Aleksandra I). Otwarcia mostu dokonał hrabia Berg odpowiedzialny za stłumienie Powstania Styczniowego. Polacy nazywali konstrukcję „mostem Kierbedzia”. Początkowo miał być mostem kolejowym łączącym Dworzec Petersburski z Dworcem Wiedeńskim, ale w końcu stał się mostem drogowym z torami dla tramwajów konnych.

      Most miał sześć dwudźwigarowych przęseł i około 500 metrów długości. Był zbudowany z nitowanych płaskowników. 5 sierpnia 1915 roku został zniszczony przez wojska rosyjskie, ale rok później został odbudowany. Drugi raz most zniszczyli Niemcy 13 sierpnia 1944 roku podczas Powstania Warszawskiego. W latach 1947-1949 na zachowanych podporach Mostu Kierbedzia zbudowano most Śląsko-Dąbrowski.

      źródło: www.naukawpolsce.pap.pl  pl.wikipedia.org

      ZOBACZ ALE HISTORIĘ NA FACEBOOK!

      Most Kierbedzia w trakcie budowy

      źródło: Wikimedia

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      docent73
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 lutego 2012 19:34
  • środa, 01 lutego 2012
    • HISTORYCZNA CZARNA ROZPACZ.

      Czy przeszłość naszego kraju składa się tylko z nieszczęść, przegranych wojen i powstań, „pięknie ginących” bohaterów, cierpienia, łez i krwi? Wydaje się, że życie w kraju nad Wisłą z takim bagażem doświadczeń z przeszłości może być frustrujące i strasznie trudne. A może w naszej historii można jednak znaleźć coś optymistycznego i nie musimy popadać w czarną rozpacz, gdy tylko otworzymy podręcznik do historii Polski? Spróbujmy…

      Szable w dłoń!

      To co zdecydowanie wypełniało większą część naszej przeszłości, to wojny i walka w dosłownym tego słowa znaczeniu. W walce zawsze czuliśmy się dobrze. Nie wiedzieć czemu, z pokojem jakoś sobie nie radziliśmy. Jesteśmy chyba raczej narodem „walczaków”, a nie spokojnych, flegmatycznych kupców i sklepikarzy. W każdym razie lubimy naszą „historię wojskowości i wojen”, bo możemy się popisywać wojennymi przewagami.

      Polska Chrystusem narodów.

      Jesteśmy też przekonani o wyjątkowości naszej historii i naszego narodu w ogóle. Przecież to my jesteśmy narodem wybranym, a nie Żydzi. Dobitnie pokazała to ostatnia wojna. Tak przynajmniej twierdzi mój znajomy, bynajmniej nie antysemita i nie ultra katolik. Niestety niektórym to nie wystarcza i potrzebują religii do tego, aby tę wyjątkowość podkreślić i umocnić. Stąd pomysły o ofiarowaniu korony Chrystusowi, bo przecież królową już mamy. Tyle tylko, że gdyby do tego doszło, to okazałoby się, że… Żydzi rządzą Polską! Miałby więc rację ojciec dyrektor i jeszcze kilku „jasnowidzów”. No chyba, że uznamy iż Jezus był Polakiem… Ale odeszliśmy od historii i przeszliśmy do religii. Niestety, te dwie sfery życia w naszym kraju, nazbyt często idą ze sobą w parze.

      Cuda, cuda i… powstanie.

      Wracając do historii… Szukając czegoś optymistycznego w naszej przeszłości, wpadłem na pomysł, że może wygrana z bolszewikami bitwa warszawska w 1920 roku lub „Solidarność”. Tyle, że pierwsze wydarzenie określono mianem „cudu”, a to oznacza, że sami tego nie zrobiliśmy, tylko z bożą pomocą… I znów religia wkracza w historię. W drugim przypadku, to nie „prawdziwi Polacy” wywalczyli wolność, bo przecież „Solidarność” Żydzi, masoni i komuniści opanowali i do swoich celów wykorzystali, czego skutki możemy oglądać do dziś. Czarna rozpacz… I jak tu się nie załamać?

      Tonący brzytwy się chwyta, więc myślę optymistycznie o… moralnych zwycięstwach. W tym byliśmy dobrzy. Żeby daleko nie szukać, kampania wrześniowa 1939 roku. Z wojskowego punktu widzenia przegrana, ale moralnie byliśmy zwycięzcami. Zresztą, wygralibyśmy, gdyby nie wsparcie Niemców przez Stalina i cios w plecy oraz zdrada naszych zachodnich sojuszników. No i jestem w kropce. Jak sobie pomyślę o Powstaniu Warszawskim, które pewien poeta porównał z drugim chrztem Polski zbawiennym dla naszej narodowej tożsamości, to mnie trzęsie. Ale szybko powtarzam sobie w myślach to, co o powstaniu mówił Kisiel: „(…) Walka o honor kosztem 30 proc. polskiego potencjału kulturalnego i gospodarczego była poniekąd aktem psychicznego egoizmu, krótkowzroczności, nieopanowania i nieprzemyślenia”. Ale czy Kisiel był „prawdziwym Polakiem, katolikiem i patriotą”?

      Jak żyć?

      Na dodatek świat nas nie rozumie. Znikąd pomocy, uznania, współczucia dla naszych cierpień i dokonań. Wynika z tego, że świat jest zły. Na szczęście to my, Polacy mamy rację. Tego przecież dowodzi nasza historia – jedno nieustające pasmo nieszczęść. Jak w takim razie żyć w kraju o takiej przeszłości? Jak żyć panie premierze? – chciałoby się zapytać. A może powinno się zadać pytanie: jak żyć panie prezesie? Jak żyć w kraju, który jest permanentnie zdradzany, oszukiwany i niedoceniany przez sojuszników i sąsiadów? Jak żyć w kraju, w którym przegrane wojny i przegranych bohaterów czci się jak największe świętości, otacza kultem, a na ich przykładach wychowuje następne pokolenia mające zaszczepiony już gen porażki i cierpienia? Jest na to wszystko prosta odpowiedź: wyjechać. Najlepiej na koniec świata np.: do Nowej Zelandii. Ale, ale, tam też dosięgnie nas nasza historia: dzieci z Pahiatua, a to oznacza 17 września, Sybir, Katyń, Stalin i Hitler…

      W zasadzie chciałem napisać coś optymistycznego, ale wyszło… jak zwykle pesymistycznie. Może to dlatego, że nasza historia jest tak pesymistyczna? A może jestem malkontentem? Jeśli ktoś z czytelników chciałby dodać coś optymistycznego do mojego tekstu, zapraszam do komentowania…

      ODKRYJ ALE HISTORIĘ NA FACEBOOK!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „HISTORYCZNA CZARNA ROZPACZ.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      docent73
      Czas publikacji:
      środa, 01 lutego 2012 19:31
  • wtorek, 31 stycznia 2012
    • STALIN TRYUMFATOR.

      II wojna światowa zakończyła się zwycięstwem Związku Radzieckiego, a tryumfator był jeden: Józef Stalin. Jednak do pełni zwycięstwa Gruzinowi potrzebne było przekonanie i pewność, że jest jedynym zwycięzcą i władcą sowieckiego imperium. W tym celu musieli zostać zlikwidowani lub odsunięci w polityczny niebyt ludzie, którzy mogli zagrozić sławie generalissimusa. Najgroźniejsi byli ci, którzy pomogli mu w odniesieniu zwycięstwa nad III Rzeszą, a teraz mogli chcieć przypisać sobie z tego tytułu jakieś zasługi. Wśród tych, z którymi Stalin nie chciał dzielić się sławą był główny architekt militarnego zwycięstwa, uważany za geniusza strategii - marszałek Żukow.

      Żukow jest niebezpieczny?

      Już w 1942 roku Stalin podjął próbę rozprawienia się z Żukowem. Uważał, że marszałek może w przyszłości zagrozić jego pozycji. NKWD rozpoczęło zbieranie materiałów obciążających Żukowa. W 1944 roku Stalin postanowił, że jego najlepszy dowódca nie będzie już wchodził w skład tzw. „Stawki”, czyli wąskiego grona najwyższego dowództwa wojsk sowieckich. Znaleziono pierwszego „haka” na Żukowa: dwa podręczniki artylerii, które ten zatwierdził do użytku osobiście, ale bez wiedzy i zgody „Stawki”. Wkrótce Żukow został zdegradowany do roli dowódcy frontu, a o palmę pierwszeństwa w zdobyciu Berlina musiał rywalizować z Koniewem. W tym wypadku plan Stalina był jasny: skłócić dowódców, a jednocześnie wywrzeć na nich presję, pośrednio udowodnić Żukowowi, że nie jest w stanie zdobyć stolicy III Rzeszy przed Koniewem. Marszałek Żukow popełnił kilka kardynalnych błędów podczas operacji berlińskiej, ale mimo to udało mu się zdobyć Berlin i uprzedzić Koniewa. Stalin był niepocieszony takim rozstrzygnięciem sprawy. Żukow po raz trzeci otrzymał Złotą Gwiazdę Bohatera Związku Radzieckiego.

      8 maja w Berlinie Niemcy podpisali kapitulację. Ceremonii przewodniczył Żukow, ale u jego boku obecny był już Andriej Wyszynski – główny oskarżyciel i organizator czystek w dowództwie Armii Czerwonej w latach 1937-1938. To nie wróżyło marszałkowi niczego dobrego. W czerwcu 1945 roku Żukow spotkał się w swojej willi w Wendenschloss nad rzeką Dahme z generałem Eisenhowerem. Otrzymał od niego amerykańskie odznaczenie – Legię Zasługi. Celem wizyty było powołanie do życia Sojuszniczej Rady Kontroli Niemiec. Rozmowy przedłużały się, m.in. z tego powodu, że Żukow nie mógł samodzielnie podejmować żadnych wiążących decyzji. Wszystkie instrukcje i rozkazy przychodziły z Moskwy. Mimo to porozumienie zawarto. Alianccy generałowie odmówili jednak udziału w bankiecie wydawanym wieczorem na ich cześć. Pozostał niesmak. W lipcu 1945 roku w Poczdamie odbyła się konferencja trzech mocarstw w sprawie powojennego ładu w Europie. Żukow asystował Stalinowi, ale tylko jako bierny obserwator. Nie miał prawa głosu w żadnej sprawie.

      Marszałek jest już zbędny.

      Pod koniec 1945 roku do Berlina przybył szef NKWD Wiktor Abakumow i rozpoczęły się aresztowania niektórych członków sztabu Żukowa. Marszałek kazał wypuścić z więzień aresztowanych oficerów i odesłał Abakumowa z powrotem do Moskwy. W ten sposób wszedł w otwarty konflikt ze Stalinem. Wkrótce, pod nieobecność Żukowa w Moskwie, na jednym z posiedzeń na Kremlu, Stalin oskarżył marszałka o przypisywanie sobie zwycięstwa w wojnie i umniejszanie roli „Stawki”. Zaczęła się nagonka na Żukowa. W marcu 1946 roku odwołano go do Moskwy i mianowano dowódcą radzieckich sił lądowych. Była to kolejna degradacja. Żukow popadł też w konflikt z Bułganinem co dodatkowo pogorszyło jego sytuację. Nie miał już dostępu do Stalina, został odizolowany od Kremla.

      W czerwcu 1946 roku wezwano Żukowa do Moskwy. W trakcie obrad Naczelnej Rady Wojennej w obecności m.in. Berii, Bułganina, Kaganowicza, Koniewa, Rokossowskiego i Golikowa odczytano list marszałka lotnictwa Nowikowa, w którym twierdził on, że podczas wojny Żukow wielokrotnie wyrażał się niepochlebnie o Stalinie. Zeznania 70 aresztowanych oficerów potwierdzały, że Żukow spiskował przeciwko partii komunistycznej, rządowi i Stalinowi. Co ciekawe, obecni na zebraniu dowódcy wojskowi (w tym Koniew!) zaprzeczyli tym „rewelacjom” i wystawili Żukowowi pochlebne opinie. Przeciwko marszałkowi wystąpił tylko Golikow i członkowie Politbiura. Żukow złożył samokrytykę. Został zdegradowany do funkcji dowódcy Odeskiego Okręgu Wojskowego. W grudniu 1947 roku wyrzucono go z Komitetu Centralnego KPZR. Aresztowano ludzi z jego najbliższego otoczenia i tych, którzy mieli z nim kontakt podczas wojny m.in. Telegina. Pogarszał się też stan zdrowia marszałka. W styczniu 1948 roku dostał zawału serca. Po opuszczenia szpitala zdegradowano go do stanowiska dowódcy Uralskiego Okręgu Wojskowego. W latach 1951-1952 Stalin złagodził swój stosunek do marszałka, ale Żukow był już zepchnięty na margines życia politycznego. Nie był groźny dla wodza.

      Łaska pańska na pstrym koniu jeździ.

      Kiedy w 1953 roku Stalin zmarł i władzę w ZSRR przejął Chruszczow, sytuacja Żukowa uległa poprawie. Został ministrem obrony ZSRR, a w 1957 roku członkiem Prezydium Komitetu Centralnego KPZR. Jednak nie trwało to długo. Chruszczow, podobnie jak wcześniej Stalin, zaczął podejrzewać Żukowa o spisek i chęć zagarnięcia władzy. W październiku 1957 roku pozbawiono go wszystkich stanowisk i w rok później przeniesiono w stan spoczynku. Żukow zaszył się w swojej daczy pod Moskwą. Stał się obiektem ataków m.in. ze strony Czujkowa i Koniewa. Oskarżono go o budowanie kultu własnej osoby, wyolbrzymianie własnej roli podczas wojny i awanturnictwo w polityce zagranicznej ZSRR. Wydawało się, że jego gwiazda zgasła. Odmieniło się to jednak w 1964 roku, kiedy na Kremlu zasiadł nowy władca: Breżniew. W 1968 roku w sprzedaży ukazały się wspomnienia Żukowa spisane przez niego po wojnie. Zgodę na publikację wyraził Breżniew.

      Społeczeństwo przypomniało sobie o Bohaterze Związku Radzieckiego. Książkę wykupiono z księgarń, a autor otrzymał 10 tysięcy listów od czytelników. Jednak w 1973 roku zmarła żona Żukowa, a kilka miesięcy później, w czerwcu 1974 roku zmarł sam Żukow. Jego ciało skremowano, a urnę z prochami pochowano pod murem kremlowskim. Marszałek pozostawił po sobie trzy córki…

      T. Le Tissier, Żukow na linii Odry. Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2011.

      ZOSTAŃ FANEM ALE HISTORII NA FACEBOOK!

      Marszałek Żukow

      źródło: Wikimedia

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „STALIN TRYUMFATOR.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      docent73
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 stycznia 2012 19:35

Kalendarz

Kwiecień 2014

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30        

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny