poniedziałek, 08 lutego 2010
W pamiętnikach i wspomnieniach niemieckich żołnierzy maszerujących przez Polskę we wrześniu 1939 roku, można znaleźć wiele uwag dotyczących naszego kraju i jego mieszkańców. Nie są to niestety miłe dla nas spostrzeżenia. Większość niemieckich żołnierzy poddana nazistowskiej propagandzie i operująca stereotypami postrzegała nas bardzo nieprzychylnie i wrogo. Po wkroczeniu do Polski niemieccy żołnierze w swoich dziennikach wojennych pisali o barbarzyńskim rasowym charakterze Polaków: „Ci nieludzcy Polacy, którzy wpadli w nasze ręce, ci Polacy, którzy bestialsko mordowali jeńców wojennych (…) czy powinni być użyci do nawet najcięższej pracy? Nie! Dziesięć razy lepiej rozstrzelać ich, wystrzelać ich do ostatniego Polaka (…)”. Żołnierze Wehrmachtu na każdym kroku utwierdzali się w przekonaniu o polskiej niższości: „Dewastacja niemieckich gospodarstw w korytarzu została przeprowadzona przez Polaków w sposób bydlęcy”. Chęć odwetu narastała w nich z każdym kilometrem drogi przebywanej w Polsce: „Dla nas służba w obozie jeńców wojennych byłą kamieniem probierczym naszej dominacji, jako że te zdeprawowane, brutalne twarze, niektóre z nienawistnym spojrzeniem i grymasem wściekłości, potwierdzały wiedzę, że wielu z tych żołnierzy znęcało się nad Niemcami w bestialski sposób. Byłoby lepiej, gdybyśmy mogli zabić te pozbawione kultury bestie (…)”. W wypowiedziach tych widać tylko ślepą nienawiść i złość, nie ma tu choćby odrobiny humanitaryzmu. Niestety, tego typu zapiski były powszechne wśród niemieckich żołnierzy. Przekonanie o własnej wyższości było tak wielkie, że nie pozwalało spojrzeć na Polaków inaczej niż przez pryzmat nienawiści. Domniemane okrucieństwa popełniane przez Polaków na etnicznych Niemcach oburzały żołnierzy Wehrmachtu. Jednak nienawiść i pogarda dla cywilów, którzy przyłączali się do walki po stronie armii polskiej, nie miały sobie równych. Wobec cywilów Niemcy byli podejrzliwi i okrutni, byli to dla nich śmiertelni wrogowie: „Tu i tam spotykaliśmy podejrzanych Polaków, wykrzywione twarze nadal mówiły o nienawiści do Niemców”. Dla wielu żołnierzy cywile byli irracjonalnymi fanatykami i podstępnymi, zdradliwymi wrogami. Najczęściej opisywano ich w relacjach i wspomnieniach jako: „zdradzieccy”, „podstępni”, „nikczemni”, „niewiarygodnie nieudolni i zwyrodniali”, „(…) nienawistni i mocno katoliccy”. Niektórzy żołnierze z trudem uznawali, że Polacy to ludzie (sic!): „Polacy są stadem żyjących istot rodzaju ludzkiego”. Jak zatem niemieccy żołnierze postrzegali nasz kraj? Jeden z żołnierzy pisał: „To, co my tylko przelotnie widzieliśmy podczas marszu, to nie była ani cywilizacja, ani kultura, lecz autentyczny polski rozgardiasz”. Inny żołnierz opisywał domy jako „brudne, walące się i z gruntu niesolidne”, a inny jako „cuchnące nory”. Wszystko to potwierdzało niemiecką wyższość kulturową i przynależność Polaków do rasy niższej. Komentarze pełne były nazistowskich stereotypów: „Po przemaszerowaniu około 500 kilometrów przez polskie terytorium mogliśmy z pewnością stwierdzić, że jeśli tu jest kultura, pochodzi od Niemców i Niemcy są jej reprezentantami. Tam gdzie obecny jest wyłącznie polski element, wszystko jest zniszczone, brudne i nędzne”. Jeden z żołnierzy o mieście Rudki (południowa Polska) tak pisał: „żydowskie miasto (…) błotniste i zapowietrzone dobrze znanym żydowskim odorem”. Inny pisał: „Tu taki sam obraz, ludzie zdemoralizowani, ulice i domy brudne. Czy kogokolwiek dziwi, że wszyscy napotkani na rogach i ulicach są Żydami? To najostrzejszy wyraz kulturalnej przepaści między Wschodem, a Zachodem”. Jak widać, nazistowska ideologia i propaganda zawładnęły niemieckimi żołnierzami i „wyprały im mózgi”. Byli oni gotowi do marszu na wschód i mordowania… Na podstawie: A. B. Rossino, Hitler uderza na Polskę, PIW, Warszawa 2009. Książkę udostępnił Państwowy Instytut Wydawniczy - www.piw.pl
piątek, 05 lutego 2010
Szpiedzy „wpadali” też poprzez denuncjacje mieszkańców państwa zakonnego. O obcych pojawiających się w okolicy donosili władzom krzyżackim chłopi oraz mieszczanie. Jeden z „zatroskanych obywateli” donosił o proboszczu w Wysinie (Pomorze Gdańskie), który miał swoich ludzi zbierających informacje o Krzyżakach. Proboszcz ten wszystkie zebrane wiadomości natychmiast przekazywał do Polski. Krzyżacy śledzili i próbowali kontrolować swoich poddanych, zwłaszcza tę część rycerstwa, która po klęsce wojny 1409-1411 zaczęła mniej lub bardziej otwarcie spiskować przeciwko władzom zakonnym. Obserwacja opozycji była ważnym zadaniem kontrwywiadu krzyżackiego. Niewiele jednak mogły zrobić ówczesne władze zakonne. Kontakty opozycjonistów z Polakami były dosyć częste, o czym władze wiedziały za pośrednictwem swoich szpiegów. Czuwano też nad bezpieczeństwem krzyżackich urzędników i wielkiego mistrza. Kilkakrotnie szpiedzy donosili o zapowiedziach zamachów i krwawych odwetów na niektórych komturach, a nawet na samym wielkim mistrzu. W 1453 roku w gospodzie w Zegartowicach podsłuchano rozmowę opozycjonisty rycerza Mikołaja Bajerskiego z innymi spiskowcami, z której wynikało, że wielki mistrz „nie przeżyje tego roku”. Zdrada Zakonu karana była śmiercią. Zdrajców demaskowano najczęściej w wyniku donosu. Duża liczba zdrajców ujawniła się wśród rycerstwa po klęsce w bitwie grunwaldzkiej w 1410 roku. Byli to m.in. Staszko z Bolumina, dworzanin wielkiego mistrza, Mikołaj z Ryńska, Gunther z Dylewa. Po bitwie grunwaldzkiej na stronę polską przeszli i Zakon zdradzili również Mikołaj Pilewski i Hannusz Ryński. Większość z nich została jednak przez Krzyżaków schwytana i ścięta. Ludzi z niższych stanów schwytanych na szpiegostwie lub tylko o nie podejrzewanych, poddawano torturom, a potem zabijano, najczęściej topiąc w wodzie. Podczas działań wojennych stosowano też dezinformację, która miała wprowadzić w błąd wojska przeciwnika. W przeddzień Wielkiej Wojny armia krzyżacka stacjonowała przy granicy z Polską, ale wielki mistrz nakazał przygotować fałszywy plan odsieczy dla zamku Friedeburg nad Wilią, gdzie trwało antykrzyżackie powstanie Żmudzinów. Kontrwywiad krzyżacki postarał się, aby list z fałszywymi rozkazami dla wojsk zakonnych trafił w ręce Żmudzinów (został on przechwycony przez powstańców w zasadzce). Krzyżacy liczyli, że Witold przestraszony tymi informacjami nie wesprze militarnie Jagiełły w wojnie z Zakonem i wycofa swoje wojska do walki na Żmudź. Podsuwanie fałszywej korespondencji przeciwnikowi było najczęstszą metodą dezinformacji przeciwnika. Często jednak „akcje” tego typu kończyły się niepowodzeniem. W 1414 roku „podsunięto” Polakom posłańca z listem, z którego wynikało, że gród Brodnica jest słabo strzeżony i wymaga wsparcia (w rzeczywistości był świetnie chroniony). Wojska polskie nie pomaszerowały jednak pod Brodnicę i nie rozpoczęły oblężenia grodu. Zadań dla kontrwywiadu było więc dużo. Trudno było tropić i eliminować szpiegów, a jeszcze trudniej pilnować własnych poddanych nie zawsze lojalnych wobec władzy. Na podstawie: S. Jóźwiak, Wywiad i kontrwywiad w państwie zakonu krzyżackiego w Prusach, Malbork 2004.
czwartek, 04 lutego 2010
W dzisiejszym świecie większość państw posiada mniej lub bardziej sprawne służby specjalne. Wywiad i kontrwywiad chroni te państwa przed inwigilacją ze strony wrogich krajów. Podobnie było w czasach królów i rycerzy. W XV-wiecznym państwie krzyżackim wielką wagę przykładano do działalności kontrwywiadowczej, do ochrony interesów państwa. Jak zatem był zorganizowany i jak działał krzyżacki kontrwywiad? Aby ograniczyć szpiegowską działalność na własnym terytorium, stosowali Krzyżacy restrykcje i obostrzenia wobec podróżujących po ich kraju cudzoziemców. Podróżni mieli przemieszczać się po głównych szlakach, a ich pojawienie się w karczmach lub gospodach było natychmiast zgłaszane przez oberżystów do burmistrza. Gdyby karczmarz tego nie zrobił, a cudzoziemiec okazałby się szpiegiem lub wyrządziłby jakieś szkody w mieście, odpowiadałby za to właściciel oberży. Pielgrzymi przybywający do państwa zakonnego musieli posiadać specjalny dokument umożliwiający im poruszanie się po państwie krzyżackim. W czerwcu 1409 roku w jednej z oberży toruńskich doszło do ciekawego zdarzenia. Po ogłoszeniu w karczmie przez oberżystę rozporządzenia wielkiego mistrza w sprawie wojny z Polską, dwaj obecni goście, ksiądz i jego sługa, natychmiast wsiedli na konie i odjechali w kierunku granicy z Polską. Prawdopodobnie byli to polscy szpiedzy. Niestety nie udało się ich schwytać. Głównym zadaniem kontrwywiadu było jednak wykrywanie i neutralizacja (czytaj: fizyczna likwidacja) szpiegów przeciwnika. Tak czyniono m.in. podczas działań wojennych. Celem było przechwycenie i wyeliminowanie szpiegów i informatorów przeciwnika posuwających się przed armią najeźdźców i próbujących rozpoznać przyszły teren działań militarnych oraz siłę obrońców. Ważne też było, aby przechwycić szpiegów przeciwnika żywych i przy pomocy przesłuchania wspartego torturami, wydobyć z nich ważne informacje. W lipcu 1409 roku Krzyżacy schwytali polskiego szpiega, 24-latka podającego się za księdza. Nie potrafił on jednak ani czytać, ani pisać, nie znał też liturgii mszalnej. Miał przekazywać Polakom informacje o liczbie i lokalizacji wojsk krzyżackich i zaciężnych, stanie zamków obronnych, dróg i zaopatrzenia armii krzyżackiej. Podczas tortur wydał całą siatkę polskich szpiegów działających w Chełmnie (tkacze: Fryderyk i Mikołaj oraz Petirkeyn), w Elblągu (Filip szynkarz z Czech), w Tucholi (Andrzej czeladnik szewski), w Malborku (Prokop i Schelinga), w Gdańsku (Hensil czeladnik kowalski). Czy informacje wydobyte ze szpiega podczas tortur były prawdziwe, tego nie wiemy. Można jedynie przypuszczać co stało się z nim po przesłuchaniu. W styczniu 1410 roku w karczmie w Toruniu Krzyżacy schwytali dwóch polskich szpiegów oraz ich sługę z wozem oraz dwoma końmi. Szpiedzy mieli jakoby otrzymać pieniądze od króla polskiego i przy ich pomocy próbować przekupić załogę toruńskiego zamku, aby wydała go bez walki polskim oddziałom. Pomagać miał im w tym nieznany z imienia ksiądz. W maju 1422 roku w Malborku pod zarzutem szpiegostwa aresztowano burmistrza Solca Kujawskiego Kunatha, który przyglądał się naprawie zamku malborskiego i rozmawiał o tym z robotnikami budowlanymi. Wcześniej przybył on do Malborka z transportem drewna dębowego (był kupcem). Ciąg dalszy już jutro… Na podstawie: S. Jóźwiak, Wywiad i kontrwywiad w państwie zakonu krzyżackiego w Prusach, Malbork 2004. Wiem, wiem, znowu konkurs. Tym razem blog „ALE HISTORIA” został zgłoszony (nie przeze mnie) do konkursu organizowanego przez portal www.wiadomosci24.pl na „Blogera 2009 roku”. Zapraszam więc wszystkich czytelników do zabawy i głosowania na blog "Ale Historia" na stronie: www.wiadomosci24.pl/zgloszone_blogi Głosowanie trwa do 24 lutego. Z góry dziękuję za wszystkie głosy. Docent73
środa, 03 lutego 2010
Historia tego miasta sięga II wieku p.n.e., kiedy to starożytni Rzymianie założyli w zakolu rzeki Tag, miasto Toletum. W VI wieku miasto zajęli Wizygoci, a od VIII wieku na ponad 200 lat miasto przejęli muzułmanie. Pod panowaniem Maurów, Toledo (arabskie: Tulaytulah) rozkwitało. W mieście pokojowo współżyli muzułmanie, Żydzi i mozarabowie (chrześcijanie żyjący pod arabskim panowaniem). W 1085 roku Toledo zdobył Alfons VI Kastylijski. Miasto stało się stolicą chrześcijańskiej Kastylii. W 1561 roku stolicę przeniesiono do Madrytu i Toledo utraciło swe dawne znaczenie. W mieście pozostały jednak wspaniałe budowle. Centralnym punktem miasta jest katedra (najważniejsza gotycka budowla Hiszpanii po katedrze w Burgos). 100-metrowa wieża katedry widoczna jest z każdego punktu w mieście. Świątynię budowano od 1226 do 1498 roku (ponad 250 lat!) [niektóre źródła podają, że budowa trwała od 1227 do 1493 roku]. Katedrę wzniesiono w miejscu dawnego meczetu, który wcześniej zastąpił starą katedrę. Świątynia robi ogromne, przytłaczające wrażenie. W skarbcu można zobaczyć 3-metrowej wysokości monstrancję ze złota o wadze ponad 200 kilogramów oraz XIII-wieczną Biblię. Wewnątrz znajdują się obrazy El Greco, Goi, Velazqueza, Caravaggio, Tycjana. Można też wysłuchać mszy w obrządku wizygockim, w języku mozarabów, które są tu odprawiane po dzień dzisiejszy. W dzielnicy żydowskiej znajduje się dom El Greco oraz dwie synagogi. Pierwsza z nich pochodzi z XIV wieku i znajduje się w niej Muzeum Sefardyjskie, a druga jest z XIII wieku. Niedaleko znajduje się klasztor franciszkanów ufundowany przez Izabelę Kastylijską i Ferdynanda Aragońskiego. Można i należy też odwiedzić muzeum El Greco, aby zobaczyć jego najsłynniejsze obrazy.
wtorek, 02 lutego 2010
My Polacy mamy tę właściwość, że lubimy przegranych, straceńców, ludzi którzy w beznadziejnej walce wszystko przegrali i stracili. To są nasi narodowi bohaterowie. Boleję nad tym i staram się jak mogę coś z tym zrobić. Dziś chcę przedstawić sylwetkę generała Tadeusza Rozwadowskiego, jednego z nielicznych polskich generałów-zwycięzców, a nie romantycznych straceńców. Tadeusz Jordan Rozwadowski urodził się 19 maja 1866 roku w Babinie niedaleko Stanisławowa. Jego pradziad Kazimierz był wychowankiem Szkoły Rycerskiej za czasów króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Brał udział w wojnie polsko-rosyjskiej 1792 roku dowodząc brygadą kawalerii. W 1809 roku organizował powstanie w Galicji przeciwko Austriakom. Dziadek generała Rozwadowskiego, Wiktor brał udział w powstaniu listopadowym. Był ranny w bitwie pod Dębem Wielkim, a za swe męstwo otrzymał Krzyż Virtuti Militari. Ojciec Tomisław był oficerem kawalerii w powstaniu styczniowym. Generał Tadeusz Rozwadowski ukończył jako prymus Wojskową Akademie Techniczną w Wiedniu. W armii austriackiej doszedł do stopnia feldmarszałka. W czasie I wojny światowej walczył przeciwko Rosjanom. Wykazał się bohaterstwem i talentem dowódczym w kilku bitwach m.in. pod Annopolem i pod Gorlicami. Dywizja Rozwadowskiego odbiła z rąk Rosjan w 1915 roku Lwów. Generał służył wiernie Austriakom do pokoju brzeskiego w lutym 1918 roku. Potem uznał ich działania wobec Polaków za zdradę. 23 października 1918 roku Rada Regencyjna mianowała go naczelnym wodzem i szefem sztabu. Rozwadowski przystąpił do organizowania armii polskiej. W listopadzie 1918 roku przygotował odsiecz Lwowa i jako dowódca armii „Wschód” walczył z Ukraińcami wypierając ich z Galicji Wschodniej. W marcu 1919 roku przeszedł do dyplomacji. Był szefem polskich misji wojskowych w Paryżu, Londynie i Rzymie. W lipcu 1920 roku, gdy wojska Tuchaczewskiego stały pod Warszawą, a wojna polsko-bolszewicka weszła w decydującą fazę, Piłsudski wezwał Rozwadowskiego z zagranicy i mianował go szefem sztabu. Zwycięska bitwa warszawska w sierpniu 1920 roku odmieniła losy wojny. Do dziś toczy się spór, kto był pomysłodawcą tego wielkiego zwycięstwa, kto opracował plan polskiej kontrofensywy znad Wieprza. Jedni uważają za twórcę polskiego zwycięstwa marszałka Piłsudskiego, inni generała Rozwadowskiego. To zapewne Piłsudski wybrał czas i miejsce do ataku, ale na pewno Rozwadowski ten plan w drobnych szczegółach opracował i wprowadził w życie. Sanacja nie dostrzegała roli Rozwadowskiego w zwycięstwie z sierpnia 1920 roku gloryfikując tylko Piłsudskiego. Sam marszałek też milczał o zaletach generała i pomocy jaką ten mu służył. W maju 1926 roku doszło do zamachu stanu. Wojska rządowe, którymi dowodził m.in. generał Rozwadowski stanęły naprzeciw „piłsudczyków”. Doszło do rozlewu krwi i walk w Warszawie. Prezydent Wojciechowski ustąpił przed Piłsudskim (Rozwadowski był przeciwny porozumieniu). Za ten opór przeciwko Piłsudskiemu został wraz z kilkoma innymi generałami zamknięty na rok w więzieniu wojskowym w Wilnie. W 1927 roku przybył do Lwowa. Rok później mocno podupadł na zdrowiu i 18 października 1928 roku zmarł w Warszawie (pojawiły się nawet plotki, że został otruty). Ciało generała przewieziono do Lwowa i 22 października odbył się jego pogrzeb. Obecna była tylko rodzina, nikt nie wygłosił przemówienia. Nie zezwoliły na to władze sanacyjne. W ten sposób raz jeszcze zatryumfowała „bezinteresowna polska zawiść”. Nowa władza w Polsce nie chciała pamiętać o człowieku, który przyczynił się do odzyskania niepodległości, ale który później nie chciał podporządkować się marszałkowi. Uznano, że tacy bohaterzy nie są potrzebni. Do dziś za lepszych często uznaje się tych, którym coś się nie udało, którzy przegrali, bo byli miernymi żołnierzami, słabymi, przeciętnymi ludźmi. Może kiedyś „polski bohater narodowy” będzie miał twarz np.: generała Rozwadowskiego, a nie Piłsudskiego, czy innego Kościuszki… Na podstawie: S. S. Nicieja, Lwowskie Orlęta. Czyn i legenda, Iskry, Warszawa 2009. Książkę udostępniło Wydawnictwo „ISKRY” – www.iskry.com.pl ZOBACZ TEŻ: NOWOŚCI I ZAPOWIEDZI „ALE HISTORII”.
poniedziałek, 01 lutego 2010
Po zakończeniu wojny w 1945 roku wielu nazistowskich zbrodniarzy zdołało uciec z Niemiec. Część z nich znalazła schronienie daleko od Europy, za oceanem, w Ameryce Południowej. Krajem który chętnie przyjmował imigrantów z Europy była Argentyna. Nie zadawano tutaj trudnych pytań o przeszłość. Dobrze działał też system łapówek. Nie pytano o świadectwa moralności i prawdziwe dokumenty. Chętnie przyjmowano naukowców, inżynierów i byłych wojskowych. Dzięki nim, Argentyna zamierzała szybko stać się krajem przodującym pod względem rozwoju, nie tylko w Ameryce Południowej. Szacuje się, że w czasach Perona w Argentynie osiedliło się około 40 tysięcy Niemców. Trafił tutaj także Adolf Eichmann. Znalazł się zresztą w „doborowym” towarzystwie m.in. Josefa Mengele i Ericha Priebke. Większość byłych nazistów mieszkała w okolicach Buenos Aires, Cordoby, Bariloche i Misiones. Po przybyciu do Argentyny Eichmannem „zaopiekowała się” specjalna organizacja stworzona przez Perona do pomocy nazistowskim przestępcom. Zbrodniarz przyjął nazwisko Ricardo Klement. W październiku 1950 roku otrzymał dowód osobisty. Początkowo zamieszkał w Buenos Aires przy ulicy Monasterio 1429 w dzielnicy Floryda. Mieszkał u Niemca Fernanda Eiflera i korzystał z pomocy Horsta Carlosa Fuldnera, przyjaciela prezydenta Perona. Szybko znalazł pracę w koncernie „Capri” należącym do pana Fuldnera. Nowa firma Klementa/Eichmanna badała na zlecenie rządu zasoby wodne w prowincji Tucuman i Santiago del Estero. Miała tam budować sztuczne jeziora i elektrownie wodne. W lutym 1952 roku Eichmann jako hydrolog wylądował w małej wiosce La Cocha w prowincji Tucuman. Po roku, pracowników „Capri” przeniesiono do miejscowości Granevos, a potem do Las Estancias w Rio Portero. W 1950 roku na Boże Narodzenie Klement/Eichmann napisał pierwszy od pięciu lat list do swojej żony Very. „Wujek” Ricardo Klement zapraszał ją i trójkę dzieci do odwiedzin w Argentynie. W święta wielkanocne 1952 roku Vera Liebl wraz z trójką synów opuściła Austrię i udała się do Genui na statek „Salta”. Do Buenos Aires przypłynęli 28 lipca 1952 roku. Razem z „wujem” Ricardo po kilku dniach dotarli do miejsca, gdzie mieszkał i pracował – Rio Potero. W taki sposób Adolf Eichmann sprowadził do Argentyny swoją rodzinę. W lipcu 1953 roku wszyscy przenieśli się do Buenos Aires (firma „Capri” miała kłopoty finansowe i Klement/Eichmann stracił pracę). Zamieszkali w dzielnicy Olivos przy ulicy Chacabuco 4261. Eichmann próbował rozkręcić w tym czasie własny interes (pralnia), ale bez powodzenia. Na rynku pracy radził sobie słabo. W końcu został zarządcą farmy „Siedem palm” (70 km od stolicy oraz tysiąc królików i 5 tysięcy kur). Była to degradacja i upadek dla zbrodniarza od którego zależał los milionów ludzi. Jesienią 1955 roku urodził się czwarty syn Eichmannów – Ricardo Francisco Klement. Eichmann i jego rodzina trzymali się na uboczu, żyli tak, aby nikomu nie wchodzić w drogę. W połowie 1958 roku, gdy farma kur i królików splajtowała, zbrodniarz za zaoszczędzone pieniądze kupił działkę pod Bancalari i własnymi rękoma wraz z synami, postawił na niej mały, jednopiętrowy dom z pustaków. Budynek stanął przy ulicy Garibaldiego 14 na początku 1960 roku. Klement/Eichmann znalazł pracę jako spawacz w nowym zakładzie Daimler-Benz w Gonzales Catan, 30 km od domu. Właśnie w tym domu zakończyła się „historia” Adolfa Eichmanna. W 1960 roku miejsce jego pobytu zostało odkryte przez izraelski wywiad, a żydowscy agenci w brawurowej akcji porwali go i wywieźli z Argentyny do Izraela. Ale to już zupełnie inna historia… Na podstawie: Z. Aharoni, W. Dietl, Operacja Eichmann. Jak to było naprawdę, Wyd. Magnum, Warszawa 1998.
piątek, 29 stycznia 2010
Z czasów krzyżackich znamy kilka interesujących historii szpiegowskich. Przez cały czas istnienia państwa krzyżackiego trwał jego konflikt najpierw z monarchią Piastów, a później Jagiellonów. Z tego okresu pochodzą historie, których nie powstydziłby się dobry scenariusz filmowy. Ale po kolei… Jedną z kobiet-szpiegów pozostających na usługach Zakonu Krzyżackiego była mieszczka z Brodnicy, pani Peczkyn. Odważna ta kobieta wybrała się w 1413 roku ze skargą do króla Jagiełły przebywającego właśnie w Poznaniu. Zamierzała oskarżyć marszałka Zbigniewa z Brzezia o bezprawne zagarnięcie jej owiec i mąki. W tym czasie, król i polscy panowie byli bardzo wzburzeni z powodu mordu i rabunku do którego doszło niedaleko Gniewu w państwie krzyżackim. Kupcy polscy zostali zamordowani, a ich towary zrabowane. Za tym wydarzeniem kryli się bracia zakonni. Panowie polscy domagali się od Jagiełły wypowiedzenia wojny Zakonowi. Relacje o przebiegu zdarzeń miał im złożyć nieznany z imienia rycerz z państwa krzyżackiego (z ziemi chełmińskiej) wrogo nastawiony do Zakonu (zdradził on, że wozy kupców wraz z ładunkiem sukna trafiły do Malborka, Gniewu i Grudziądza). Mieszczka Peczkyn (Peczkin) wszystkie informacje, które zebrała w Poznaniu zamierzała osobiście przedstawić wielkiemu mistrzowi domagając się rozmowy z nim. Czy do jej spotkania z głową zakonu doszło, tego nie wiemy. W każdym razie dzielna kobieta doniosła na owego rycerza i spełniła swój „obywatelski obowiązek” wobec władzy. Niezwykłą przygodę przeżył za to Rusin Jokol – szpieg krzyżacki wysłany w czerwcu 1410 roku na drugą stronę Biebrzy do Litwinów. Po przekroczeniu rzeki odesłał z powrotem sześciu podróżujących z nim kompanów, a sam ze swoim bratem zaczaił się nad rzeką Nietupą i obserwował z ukrycia ciągnącą armię Litwinów. Następnego dnia ruszył w drogę powrotną przez Biebrzę, do Krzyżaków, aby złożyć meldunek swoim mocodawcom. Razem ze swoim bratem został jednak zdradziecko napadnięty przez niedawnych kompanów, z którymi podróżował na Litwę. Doszło do walki, Jokol zdołał uciec, ale stracił kontakt z bratem. Wpadł za to w ręce Litwinów. Podał się za zbiega z państwa krzyżackiego i wyraził chęć dostania się przed oblicze wielkiego księcia. Litwini zaproponowali mu transport, ale Rusin odmówił, chciał tylko informacji o tym, gdzie przebywa książę Witold, aby móc do niego trafić w późniejszym terminie. Napotkani Litwini wyjawili nieznajomemu Rusinowi całe itinerarium (trasę podróży) wielkiego księcia (niewiarygodne!). Powiedzieli mu też, gdzie w najbliższym czasie będzie przebywać księżna Anna, żona Witolda oraz zdradzili, że Witold nakazał zniszczyć mosty na Biebrzy i obsadzić wojskiem przeprawy na tej rzece. Wynika z tego, że Litwini nie brali nawet pod uwagę tego, że napotkany przez nich obcy człowiek mógłby być krzyżackim szpiegiem. Okazali się bardzo naiwni i mało przewidujący. Jokol o wszystkim poinformował swoich władców w Malborku. Zarówno mieszczka Peczkyn, jak i Rusin Jokol doskonale wywiązali się ze swoich szpiegowskich obowiązków. Oboje donieśli Krzyżakom, o tym co widzieli i słyszeli. Być może czuli, że spełniają „obywatelski obowiązek”, a być może robili to tylko dla korzyści majątkowych. Nie znamy ich motywacji, nie wiemy, czy zyskali coś w zamian za informacje, które dostarczyli. W każdym razie przeżyli „szpiegowską przygodę”. Na podstawie: S. Jóźwiak, Wywiad i kontrwywiad w państwie zakonu krzyżackiego w Prusach, Malbork 2004.
czwartek, 28 stycznia 2010
Przed wyruszeniem na Polskę we wrześniu 1939 roku, każdy niemiecki żołnierz został dokładnie poinformowany o tym, co czeka go na wschodzie i z jakimi ludźmi mieć tam będzie do czynienia. Wiedza o Polsce i Polakach „wtłaczana” w głowy żołnierzy Wehrmachtu była elementem przygotowania ich do wojny i zbrodni, których mieli dopuszczać się w Polsce. Był to też element narodowosocjalistycznego wychowania żołnierza i przejaw wszechogarniającej propagandy. Niemiecki żołnierz maszerując we wrześniu 1939 roku przez Polskę miał w głowie jasno sprecyzowany obraz kraju i ludzi, których podbijał. Niósł ze sobą również przyzwolenie na morderstwa i zbrodnie, których mógł, a w zasadzie powinien, dopuszczać się wobec wrogów. Już w 1927 roku, a więc długo przed dojściem Hitlera do władzy, instrukcje dla niemieckich oficerów wyraźnie określały Polaków jako ludzi stojących na niższym poziomie rozwoju od Niemców. W armii polskiej według instrukcji Ministerstwa Wojny Rzeszy, połowę stanowili analfabeci, a znajdujący się w niej „element żydowski” jako żołnierz był „znacznie poniżej przeciętnej”. Kieszonkowy podręcznik o armii polskiej, w który zaopatrzono żołnierzy 10 DP w lipcu 1939 roku określał polski charakter narodowy jako „sangwiniczny, wybuchowy, porywczy i gościnny (…) bardzo nierozsądny i niekonsekwentny”. Polacy byli przedstawieni jako szowiniści lekceważący inne grupy narodowe, skłonni do polonizowania i ucisku innych. Kultura polska miała być jakoby wytworem Niemców. Co do Żydów, to przedstawiono ich jako ludzi zamieszkujących zatłoczone miejskie getta, sympatyków bolszewizmu i nienawidzących Niemców. W sierpniu 1939 roku Biuro Propagandy Wehrmachtu opracowało specjalny raport dla oficerów armii. Poruszono w nim m.in. problem mniejszości narodowych. Z raportu wynikało, że mieszkańcy polskich wsi to antysemici. Poziom wykształcenia Polaków był bardzo niski, ich myśleniem rządziły emocje, byli wybuchowi, zdezorganizowani i nielogiczni. Mieszkańcy wsi byli ponadto „samowolni i bezlitośni (…) okrutni, brutalni i zdradliwi (…)”. Mieszkańcy miast byli „powierzchowni i nierozsądni”. Wszyscy byli ultrakatolikami. Żołnierze Wehrmachtu otrzymali też bardziej szczegółowe instrukcje tego, co może ich czekać w Polsce. Zostali powiadomieni o tym, że Polacy najbardziej nienawidzą Niemców i starają się ich polonizować. Wspierają ich przy tym Żydzi. Biuletyn armii niemieckiej z 1 lipca 1939 roku opisywał Polaków jako „fanatycznie podburzonych i zdolnych do sabotażu i innych ataków”. Autorzy biuletynu twierdzili, że Polacy w razie sukcesów stają się butni i agresywni, natomiast porażki szybko ich załamują. Charakter narodowy naszych przodków miał być jakoby „okrutny i chytry”. Nie należało im ufać. Przestrzegano też żołnierzy niemieckich przed mogącymi zdarzać się „aktami terrorystycznymi i rozruchami” ze strony ludności cywilnej, która była zdradliwa i podstępna (ludność ta mogła strzelać do żołnierzy niemieckich, napadać na nich podczas snu lub zatruwać źródła wody). Antypolskie i antysemickie stereotypy uformowały poglądy żołnierzy i oficerów niemieckich na temat Polaków i Żydów. Nazistowska propaganda doskonale przygotowała Niemców do zadań, jakie czekały ich w Polsce: wymazanie hańby Wersalu, pomoc niemieckim ziomkom i „walka przeciwko polskiemu zuchwalstwu”. Otwierała też drogę do morderstw, zbrodni wojennych i ludobójstwa. Na podstawie: A. B. Rossino, Hitler uderza na Polskę, PIW, Warszawa 2009. Książkę udostępnił Państwowy Instytut Wydawniczy - www.piw.pl
środa, 27 stycznia 2010
Historia i polityka mają ze sobą wiele wspólnego. Czasami udaje się oddzielić historię od polityki i wtedy jest to prawdziwa historia przez duże „H”. Czasami jednak, historia miesza się z polityką, a ściślej rzecz ujmując, polityka miesza się do historii. Możemy to obserwować na bieżąco w naszym kraju. Historia jest nauką polityczną, każdy to przyzna. W przeszłości bywało tak, że historia powstawała na zamówienie polityczne (np.: kroniki średniowieczne pisane „ku chwale” panujących). Na szczęście mimo „upolitycznienia”, mają dziś dla nas wartość historyczną. Mówi się także, że historię piszą zwycięzcy. Dawniej, ten kto miał władzę, mógł pilnować, aby podręczniki do historii pisano tak, jak sobie tego życzył. Można posunąć się nawet do stwierdzenia: „Cuius regio, eius historia” (czyja władza, tego historia) parafrazując słynną maksymę „Cuius regio, eius religio”. Próbowali w ten sposób postępować m.in. faszyści i komuniści. Gdyby ktoś myślał, że te czasy już minęły, mógłby się srodze zawieść. Zwłaszcza, jeśli spojrzymy na tzw. „politykę historyczną” „uprawianą” dziś w Polsce. Niektórzy politycy próbują dziś „grzebać” w historii, manipulować przy podręcznikach do historii, a nawet na nowo, „po swojemu” interpretować pewne wydarzenia historyczne. Zdarza się, że historia w naszym kraju wykorzystywana jest przez polityków w bieżącej walce politycznej. Politycy „naginają” fakty historyczne do swoich celów, wykorzystując przy tym historyków dla wsparcia swoich „tez”. Trudno będzie naszym politykom zaprzeczyć, że nie mają ochoty „grzebać” w historii i manipulować faktami historycznymi. Niektórym z nich trudno będzie zaprzeczyć, że sami chcieliby zastąpić rzetelnych historyków i pisać swoją historię (najlepiej jeszcze, gdyby stała się ona obowiązującą nas wszystkich historią). Wystarczy przytoczyć wypowiedź jednego z nich: „Trzeba pisać historię, bo inaczej napiszą ją inni i już piszą”. Bez komentarza… Dlatego namawiam wszystkich, którzy zajmują się historią zawodowo, czy też amatorsko, aby unikali polityki i polityków jak ognia. Myślę, że historia i polityka nie idą ze sobą w parze. |
O autorze
Ostatnie notki
Zakładki:
Dlaczego warto reklamować się na blogu ALE HISTORIA
Projekt "Ale Historii" - 600-lecie bitwy grunwaldzkiej
Autor, czyli o mnie
Kontakt z autorem
Bibliografia
Linki - nasi partnerzy
Linki reklamowe
Linki - pomoc
Ostatnio komentowane - zobacz!
Najczęściej komentowane
Moje ulubione notki - polecam
Na temat
Polecam ciekawe blogi
Polecam strony www
Instytucje naukowo-badawcze
UWAGA!
Współpraca
Tagi
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||