Ale Historia

Ciekawsza strona historii

Wpisy

  • poniedziałek, 28 lipca 2014
  • środa, 18 czerwca 2014
    • Andrzej Z. Makowiecki „Warszawskie kawiarnie literackie” – recenzja.

      Kawiarnie literackie to niezwykłe zjawisko kulturowe zapoczątkowane w XVIII w. we Francji. Pod koniec XIX stulecia rozpowszechnione także w Polsce. Zjawiskiem tym oraz funkcją, jaką  kawiarnia literacka odegrała w kształtowaniu opinii społecznej Warszawy  XIX i XX w.  zajął się w swojej książce zatytułowanej „Warszawskie kawiarnie literackie” Andrzej Z. Makowiecki. Książka została wydana nakładem wydawnictwa Iskry.

      Aby dokładnie zrozumieć czemu jedna kawiarnia staje się literacką, a inna nie, autor książki sięga swoimi poszukiwaniami do doby romantyzmu, gdzie wyszukuje takie miejsca jak „Pod Kopciuszkiem”, Honoratka”, „U Miramki”, czy „Dziurka”, które były pierwowzorem późniejszych kawiarni literackich. Na podstawie opisu środowiska, które się tam spotykało, stara się czytelnikowi wyjaśnić fenomen kawiarni literackiej.

      W okresie Młodej Polski Andrzej Makowiecki zwraca uwagę czytelników na kilka miejsc pretendujących do miana literackich, jak: „Starorypałka”, „U Miki”, „Nadświdrzańska”,  czy „Udziałowa” - „kawiarnia literacka całą gębą” jak w tytule rozdziału określił ją autor.

      Okres międzywojenny to już ”wysyp” miejsc zasługujących na miano literackich. Zaczyna się od „Picadadora”, gdzie można było spotkać Słonimskiego, Raabe, Tuwima, Iwaszkiewicza, czy Lechonia. Był to klub otwarty dla wszystkich, którzy za niewielką opłatą mogli posłuchać wierszy i poematów sowich ulubieńców. Potem były: „Kresy”, „IPS”, „SiM”, czy „Zodiak”, ale najpopularniejszą kawiarnią owych czasów była „Ziemiańska” ze stolikiem skamandrytów na półpiętrze, gdzie jak napisała Irena Parandowska: „Tu się decyduje o powodzeniu nowo wystawionej sztuki teatralnej, odkrywa nowe talenty, tu się rodzą najlepsze dowcipy…”.

      Po II wojnie światowej w Warszawie pojawiła się kawiarnia PIW-u, gdzie napisano protest przeciwko polityce kulturalnej państwa, zwany „Listem 34”. „Ujazdowska”, gdzie swój stolik miał Słonimski, choć odwiedzał również inne tego typu miejsca i „Czytelnik”, gdzie bywali Konwicki, Kawalerowicz, Kutz.

      W książce znajdziemy wiele smaczków z życia celebrytów tamtych czasów. Podane są one z „pierwszej ręki”. Autor w książce umieścił obszerne cytaty osób bywających w opisywanych miejscach. Znajdujemy w nich dokładny opis kawiarni jak i ich bywalców ze wszystkimi swoimi zaletami i przywarami. Spotykali się oni z przyjaźni, by zawrzeć znajomości, wymienić poglądy, czy dobić jakiegoś targu. Kawiarni literackich nie odwiedzali tylko literaci, bywali tu także przedstawiciele innych środowisk artystycznych: malarze, aktorzy, filmowcy, wydawcy. Takie miejsca przyciągały też rzesze snobów, którzy chcieli się choćby otrzeć o sławę i stanowili widownię dla znanych osobistości. Takie kawiarnie to miejsca bardzo atrakcyjne towarzysko, tam można było podsłuchać liczne anegdoty, plotki i sensacje środowiskowe, a potem pochwalić się nimi przed znajomymi.

      Polecam tę książkę wszystkim czytelnikom. Andrzej Makowiecki pięknym językiem opisuje niezwykłe zjawisko kawiarni literackich. Przenosi nas do zadymionych sal pełnych stolików obleganych przez eleganckie panie i dostojnych mężczyzn, niemal słyszymy tubalny głos Słonimskiego i widzimy chudą postać Lechonia. W ten sposób odkrywamy atmosferę tamtych miejsc. Opisu kawiarni literackich dopełnia studium autora „O anegdocie literackiej”, która to jest nieodzowną częścią świata owych kawiarni.

      H.G.

      Warszawskie kawiarnie literackie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      docent73
      Czas publikacji:
      środa, 18 czerwca 2014 13:13
  • poniedziałek, 09 czerwca 2014
    • Krótka historia trebuszy z ruchomą przeciwwagą.

      Wiele stuleci przed wynalezieniem prochu i zastosowaniem armat, ogromne machiny miotające ciężkie pociski kamienne kruszyły mury starożytnych i średniowiecznych zamków oraz warowni. Artyleria ery przedprochowej stała na wysokim poziomie technicznym i organizacyjnym. Bez jej udziału nie toczyła się żadna ówczesna wojna, a bez machin miotających niemożliwe było zdobycie jakiejkolwiek umocnionej twierdzy.

      Jednym z najskuteczniejszych rodzajów ówczesnych machin wchodzących w skład artylerii, były machiny barobalistyczne. Były to urządzenia wyrzucające pocisk za pomocą dźwigni dwustronnej, przy czym zmagazynowanie energii następowało przez podnie­sienie na pewną wysokość ciężaru przymocowanego do krótsze­go ramienia tej dźwigni. Maszyny te działały na zasadzie dźwigni z przeciwwagą wykorzystując do wyrzucenia pocisku siłę ciężkości przeciwciężaru.

      Istotnym szczegółem konstrukcji i działa­nia tych urządzeń był uchwyt, w którym znajdował się pocisk. Była to umieszczona na dłuż­szym końcu dźwigni pętla rzemienna (proca) przedłużająca w chwili wyrzutu ramię dźwigni i zwiększająca przez to donośność machiny. Proca ta była jednym końcem przymocowana na stałe do końca dźwigni, a koniec drugi, zaopatrzony w kółko, zaczepiony był o hak tak wygięty, że w chwili gdy ramię dźwigni znalazło się w pozycji zbliżonej do pionu, kółko spadało z haka uwalniając tym samym pocisk umiesz­czony w procy. Mniejsze lub większe wygięcie haka dawało mniej­szą lub większą donośność machiny.

      Najprostszą machiną barobalistyczną była frondibola, czyli trebusz. W zbiorze arabskich kronik Raszida ad-Dina znajduje się in­formacja, że miotane przez trebusze kule kamienne, które pod­nosić musiało czterech silnych mężczyzn, osiągały odległość pół­tora strzału z łuku, czyli kamień o wadze około 30-50 kg mógł być miotany na odległość około 150-200 metrów.

      Frondibola zbudowana była na zasadzie dźwigni o sztywnym ramieniu zakończonym rodzajem procy. Belka drewniana przymocowana na obrotowym czopie do odpowiedniego rusztowania (zaopatrzonego nieraz w koła do prze­wozu całego urządzenia), była na krótszym końcu silnie obciążona. Na dłuższym końcu znajdowała się pętla skórzana, w której umieszczano pocisk. Na sku­tek obciążenia krótszego końca belki, koniec dłuższy sterczał w górę. Ściągano go w dół za pomocą zaczepionej liny nawijanej na kołowrót. Gdy cała belka została w ten sposób przechylona krót­szym, obciążonym ramieniem do góry, zakładano pocisk, a na­stępnie gwałtownie zwalniano napiętą linę. Dłuższe ramię belki zataczało łuk wyrzucając pocisk.

      Najprostszym rodzajem trebusza była machina ze stałą przeciwwagą, nazywana trabocco, trabutium, trebuchet, terier, petraria lub bleide. Machina miała podwieszony do krótszego ramienia dźwigni przeciwciężar, który działał siłą swej ciężkości. Przeciwciężarem tym mogła być skrzynia wypełniona kamieniami, piaskiem, ołowiem lub innym ciężarem. Machina ta składała się z mocnej podstawy (rama sporządzona z kantówek), z której wznosiły się ku górze, zamocowane na czopach, dwa słupy nośne. Słupy te były wzmacniane zastrzałami i podpieraczami, aby nie rozsuwały się podczas pracy całego urządzenia. W górnej czę­ści słupów nośnych znajdował się otwór dla potężnej poziomej osi z głowicami, na której obracały się zależnie od siebie, oba ramio­na dwuramiennej dźwigni. Dźwignia ta miała postać masywnego drąga zwężającego się ku górze, sporządzonego z jednego lub dwóch kawałków drzewa. Krótsze ramię dźwigni wyposażone było w przeciwciężar (przeciwwagę). Dłuższe ramię było zaopatrzone w dwa uchwyty: napinający (metalowy) i zaczepowy (zrobiony ze sznura). W niewielkiej odległości od końca tegoż ramienia przy­mocowany był jeden koniec dużej pętli, drugi natomiast koniec pętli - zakończony pierścieniem - nakładano na lekko zakrzywiony haczyk. Haczyk ten był przedłużeniem ramienia rzutowego. Dźwi­gnia posiadała, dzięki przeciwwadze, tendencje do naturalnego położenia pionowo ku górze. Machinę napinano podobnie jak ona­ger, tj. w odwrotnym kierunku, przy pomocy sznura nawijanego na znajdujący się u dołu kołowrotek. Aby podnieść przeciwciężar na odpowiednią wysokość, używano korby ręcznej lub koła deptako­wego. Ściągnięte pochyło w dół długie ramię rzutowe unierucha­miano przed wystrzałem za pomocą zapadki, znajdującej się u podstawy machiny. Następnie zwalniano z napięcia sznur napinają­cy. Duża pętla, do której wkładano kulę kamienną, spoczywała wyciągnięta wraz z pociskiem w podłużnym korycie wmontowany w podstawę między dwoma belkami nośnymi machiny. Po wybiciu zapadki za pomocą młota zwalniano krótsze ramię dźwigni. Ramię to pod wpływem swego ciężaru opadało, a ramię dłuższe (rzutowe) podnosiło się gwałtownie do góry i pociągało za sobą pętlę - po­czątkowo po wydrążeniu ku tyłowi, a następnie łukiem zakreślo­nym w powietrzu. W momencie uderzenia przeciwciężaru w zie­mię, pierścień pętli wyślizgując się po zagiętym zaczepie, powo­dował zwolnienie tej pętli. W tym momencie kula kamienna wyla­tywała lecąc po krzywej do celu ruchem bezwładnym.

      Urządzeniem bardziej zaawansowanym technicznie był trebusz z ruchomą przeciwwagą nazywany również blidą lub biffą.  Tutaj energii potrzebnej do wystrzelenia pocisków dostarczał przeciwciężar ruchomy. Był on ruchomy zarówno siłą swego ciężaru jak i poprzez swój ruch zamachowy. Biffa była ulepszoną wersją trabutium. Ulepsze­nie polegało na wypchnięciu przeciwciężaru ze swojej naturalnej pozycji za pomocą wspornika w postaci mocnej belki, utrzymującej się w lekkim skosie. Belka ta jednym swoim końcem była przymo­cowana na stałe do narożnika skrzyni przeciwciężaru, drugim opie­rała się o odpowiednie wycięcie zrobione na dłuższym ramieniu (rzutowym). To urządzenie w postaci belki - wspornika służyło do regulowania położenia skrzynki przeciwciężaru. W ten sposób de­cydowano, w zależności od położenia skrzynki, o sile wyrzutu ma­chiny. Jeżeli belka na której zwisała skrzynka przeciwciężaru była dłuższa, a co za tym idzie, i dłuższy był wspornik, tym silniejszy był ruch zamachowy przeciwciężaru i tym gwałtowniej wyprosto­wywało się dłuższe ramię (rzutowe) machiny. W ten sposób więk­sza była siła i zasięg działania machiny.

      Pierwszy trebusz został prawdopodobnie skonstruowany w Chinach pomiędzy V i III wiekiem p.n.e. Stamtąd przebył daleką drogę i w VI wieku n.e. dotarł nad Morze Śródziemne. Zanim jednak wielkie trebusze dotarły z Chin do Europy, znane były Mongołom i Arabom. Ich armie wykorzystywały je na szeroką skalę podczas zdobywania warowni i miast na Wschodzie. To właśnie dzięki Arabom wiedza o konstruowaniu i użyciu trebuszy wyszła poza Orient. Z czasem, trebusz wyparł inne formy artylerii i przetrwał aż do pojawienia się prochu.

      Najskuteczniejszym z nich i najbardziej zaawansowanym technicznie był trebusz z ruchomą przeciwwagą. Jego najwcześniejsza istniejąca do dziś ilustracja pochodzi z  instrukcji wojskowej Tabsirah fi al-hurub napisanej dla Saladyna około 1187 r. przez Murdi ibn Ali ibn Murdi al-Tarsusi.

      Na podstawie tejże instrukcji historycy doszli do wniosku, że trebusz z ruchomą przeciwwagą został skonstruowany i po raz pierwszy użyty w drugiej połowie XII wieku. Wiemy jednak ponad wszelką wątpliwość, że pierwsze próby z machinami działającymi na tej samej zasadzie, co trebusz z ruchomą przeciwwagą, trwały już od końca XI wieku.

      Część badaczy uważa, że trebusz z ruchomą przeciwwagą znany był już w VIII/IX wieku. Brak jednak na to dowodów. Dowody, które posiadamy wskazują iż ten rodzaj machin miotających został na szerszą skalę zastosowany w armiach arabskich i bizantyjskich dopiero w XI i XII wieku.

      Informacje na temat trebusza z ruchomą przeciwwagą pochodzą z różnych źródeł. Nie sposób ustalić kiedy i gdzie machina ta po raz pierwszy została użyta w walce. Trzeba pamiętać, że przekazywanie technologii w zachodnim regionie Azji i świecie śródziemnomorskim było skomplikowane i odbywało się w różnych kierunkach.

      Technika oblężnicza i artyleria najlepiej rozwinięta była w Bizancjum i świecie arabskim. Kraje basenu Morza Śródziemnego, Środkowy Wschód, Iran i Indie dość wcześnie otworzyły się na chińskie technologie, które często wyprzedzały świat greko-romański. Islam z kolei był najbardziej otwarty na nowinki technologiczne w dziedzinie wojskowości. To Arabowie najwięcej i najefektywniej czerpali z doświadczeń chińskich i mongolskich.

      Arabowie opierali się na technikach oblężniczych podbitych ludów, głównie arabskich Syryjczyków, greckich Bizantyjczyków, Irańczyków i Turków. Europa Zachodnia poznała trebusze dopiero pod koniec XII wieku i dopiero w następnym stuleciu osiągnęła w tym względzie poziom militarny muzułmańskiego Wschodu.

      Trzeba też pamiętać, że wyrafinowaną sztukę oblężniczą posiadali Mongołowie. Nauczyli się jej od Chińczyków z północy. Tyle, że Chińczycy konstrukcję trebuszy z ruchomą przeciwwagą poznali prawdopodobnie od muzułmańskich inżynierów pracujących dla Mongołów. Wiele wskazuje na to, iż to właśnie Arabowie jako pierwsi skonstruowali i użyli wielkich trebuszy z ruchomą przeciwwagą.

      Najważniejszym dziełem dotyczącym technicznych aspektów trebuszy pozostaje do dziś traktat Kitab aniq fi almanajaniq (An Elegant Book on Trebuchets) napisany w 1462 r. przez Yusufa ibn Urunbugha al-Zaradkash. Księga ta jest bogato ilustrowanym arabskim rękopisem zawierającym bezcenne informacje o budowie i działaniu trebuszy.

      Przykładów na użycie tej broni można podać bardzo wiele. Podczas oblężenia Tyru w 1124 r. Krzyżowcy posiadali wielkie trebusze z ruchomą przeciwwagą, które wydatnie przyczyniły się do zdobycia miasta. W 1125 r. taką bronią posługiwali się Arabowie szturmujący Azaz. W 1138 r. armia cesarza bizantyjskiego Jana II Komnenosa użyła trebuszy z ruchomą przeciwwagą oblegając Shayzar. W 1157 r. za pomocą trebuszy z ruchomą przeciwwagą bombardowano Bagdad, a w 1174 r. Aleksandrię.

      Na szeroką skalę w działaniach wojennych trebusze wykorzystywał Saladyn. W 1176 r. armia Saladyna użyła trebuszy podczas oblężenia Masyaf, a w 1183 r. podczas zdobywania Amid. Wojska Saladyna używały trebuszy z ruchomą przeciwwagą podczas oblężenia Keraku w 1184 r., Jerozolimy w 1187 r. i w trakcie oblężenia Tyru w latach 1187-1188.

      Prawdopodobnie po raz pierwszy w Europie trebusz z ruchomą przeciwwagą został użyty podczas oblężenia Castelnuovo Bocca d'Adda w północnych Włoszech w 1199 r.

      Kulminacyjnym punktem jeśli chodzi o zastosowanie trebuszy z ruchomą przeciwwagą było oblężenie Akki w latach 1189-1191.

      Wiele wskazuje na to, iż konstruktorami wielkich trebuszy z ruchomą przeciwwagą byli inżynierowie arabscy. Pracując dla Mongołów i Chińczyków jako pierwsi zbudowali, a potem zastosowali te urządzenia w walce. Arabowie stali się też pośrednikami dzięki którym nowa broń rozprzestrzeniła się ze Wschodu na Zachód, dotarła do Bizancjum i krajów basenu Morza Śródziemnego.

      Paweł Głuszek

      Konrad Kyeser - "Bellifortis"

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      docent73
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 czerwca 2014 07:59
  • niedziela, 01 czerwca 2014
    • Ucieczka „Żurawia”.

      W historii PRL było wiele spektakularnych ucieczek obywateli „najweselszego baraku w socjalistycznym obozie” poza jego granice. Uciekinierom nie było jednak do śmiechu i zamiast radować się socjalizmem, woleli wybrać „trudną wolność” w Europie Zachodniej. Uciekali więc cywile, wojskowi, kobiety i dzieci. Jak kto mógł: pieszo, samochodem, szybowcem, samolotem, pociągiem lub statkiem… Wszystkie drogi prowadziły na zachód, a każdy sposób ucieczki był dobry. Byle skuteczny.

      Marynarka wojenna PRL.

      W podobny sposób myśleli marynarze z okrętu wojennego ORP „Żuraw”. Wybrali wolność w Szwecji. Pewnego dnia bowiem, postanowili porwać okręt i uciec z PRL-u. Powodów, aby to zrobić mieli aż nadto. Lata powojenne to dla polskiej marynarki trudny i zły okres. Na wybrzeżu władzę przejęła radziecka misja wojskowa na czele z kontradmirałem Nikołajem Abramowem, który został dowódcą polskiej Marynarki Wojennej. Zaczęły się czystki wśród marynarzy. Można było iść z prądem, albo spróbować ucieczki. Marynarze z ORP „Żuraw” wybrali to drugie.

      „Żuraw” był jednostką typu „Jaskółka” zbudowaną jeszcze przed wojną, w latach 20. Po kampanii wrześniowej okręt przejęli Niemcy. W Kriegsmarine pływał jako „Oxhoft”. Przetrwał wojnę i w styczniu 1946 roku trafił z powrotem do polskiej marynarki. Początkowo „Żuraw” służył w Szczecińskim Obszarze Nadmorskim pełniąc funkcję okrętu hydrograficznego i pracując dla Biura Hydrograficznego Marynarki Wojennej. Pomagał wytyczać nowe szlaki żeglugowe i oczyszczał morze z min. Załoga okrętu przeprowadziła udaną akcję ratunkowa, w której uratowano kilku rybaków z tonącej na morzu łodzi. Za tę akcję ORP „Żuraw” otrzymał zaszczytne miano „Przodującego Okrętu Marynarki Wojennej”. Ale oto nadszedł dzień 1 sierpnia 1951 roku.

      Bunt na „Żurawiu”.

      Tego dnia grupa marynarzy z okrętu hydrograficznego ORP „Żuraw” („HG-11”) zbuntowała się przeciwko kapitanowi, opanowała okręt i uprowadziła go do Szwecji. Około godziny 18.00 jednostka wypłynęła z Kołobrzegu i wzięła kurs na Gdynię. Oprócz załogi, na pokładzie znajdowała się trzyosobowa grupa pomiarowa z Szefostwa Hydrografii Marynarki Wojennej na czele z Szefem Wydziału Pomiarowego komandorem podporucznikiem Jerzym Iwanowem. W trakcie trwającej w mesie oficerskiej kolacji, trzej spiskowcy na czele których stał starszy marynarz Henryk Barańczak, wykradli klucze od schowka z bronią i około 19.00 wkroczyli do mesy. Sterroryzowali oficerów i dowódcę jednostki. Radiotelegrafiście nakazali zerwać łączność z lądem. Aresztowanych oficerów i podoficerów zamknięto w kreślarni okrętowej. Większa część załogi nie wzięła udziału w buncie, ale nie podjęła działań przeciwko spiskowcom. Marynarze zachowywali się biernie, nie chcieli mieć nic do czynienia z tym, co działo się na okręcie.

      „Żuraw” odpływa do Szwecji.

      Zbuntowani marynarze opanowali okręt. Mając pełną kontrolę, skierowali go na północ. Po godzinie rejsu, w pobliżu „Żurawia” pojawiły się obce jednostki. Aby utrudnić im identyfikację polskiego okrętu, marynarze podarli banderę. Na szczęście nikt nie ścigał „Żurawia”. Polskie dowództwo stwierdziło, że brak łączności z jednostką został spowodowany awarią radiostacji i nie wszczęto pościgu za zbiegami. Tymczasem przed północą okręt znalazł się niedaleko Bornholmu. Załoga nie posiadała map, a żegluga nocą w okolicach wyspy stała się niebezpieczna. Uwięzieni oficerowie nie chcieli pomóc w nawigacji i wprowadzić okrętu do któregoś z portów na wyspie. Henryk Barańczak i jego koledzy postanowili płynąć dalej, do Szwecji. Sytuacja na pokładzie stawała się jednak coraz bardziej napięta. Barańczak przypadkowo postrzelił się w nogę. Część marynarzy domagała się natychmiastowego powrotu. Doszło do rozłamu wśród załogi. Sytuację opanował jednak Barańczak grożąc „zdrajcom” kulą w łeb.

      Następnego dnia około 6.00 rano ORP „Żuraw” wpłynął do portu w Ystad. Po przybiciu do nabrzeża jednostkę otoczyła policja. Barańczak poinformował Szwedów o buncie na pokładzie i ucieczce z Polski. Przedstawił listę marynarzy, którzy wyrazili chęć pozostania w Szwecji. Dowódca okrętu, porucznik Arkadiusz Ignatowicz został przez porywaczy uwolniony. Swoją zgodę na opuszczenie przez buntowników okrętu uzależnił od decyzji polskiej ambasady w Sztokholmie. Ta obawiając się, że na „Żurawiu” może dojść do walki, zezwoliła porywaczom na opuszczenie jednostki. W Szwecji pozostało 11 marynarzy i 1 podoficer. Około godziny 17.00 ORP „Żuraw” z resztą załogi wypłynął w rejs powrotny do Gdyni. Skrupulatni Szwedzi przed wypuszczeniem okrętu z portu zmusili Polaków do zapłacenia zgodnie z prawem wszystkich opłat celnych i portowych.

      Konsekwencje, czyli koniec „Żurawia”.

      W czasie, kiedy „Żuraw” wracał do Gdyni, trwały jego intensywne, ale spóźnione poszukiwania. Dopiero o 18.00 MSZ poinformowało Marynarkę Wojenną o tym, że „Żuraw” się odnalazł… w Szwecji… i właśnie wraca do Polski. O 20.45 nawiązano łączność radiową z okrętem. Trzy godziny później na spotkanie z powracającą jednostką wysłano niszczyciel ORP „Błyskawica”. Dowódca Ignatowicz, obawiając się aresztowania okrętu na pełnym morzu, zmienił kurs i inną drogą dopłynął do Gdyni. „Błyskawica” nie odnalazła „Żurawia” i powróciła do portu.

      Po zejściu na ląd, załogę „Żurawia” aresztowano. Wszczęto śledztwo. Marynarzy przesłuchiwano przez wiele dni. Oskarżono ich o zdradę i szpiegostwo. 1 września 1951 roku przed Sądem Marynarki Wojennej odbył się pokazowy proces. Za „tchórzostwo w obliczu nieprzyjaciela” i „oddanie okrętu bez walki” komandora podporucznika Jerzego Iwanowa i ;porucznika Arkadiusza Ignatowicza skazano na 15 lat więzienia. Oficer polityczny z „Żurawia” dostał 12 lat więzienia. Wszystkich zdegradowano i pozbawiono praw publicznych na okres 5 lat. Pozostałych 22 marynarzy dostało wyroki od 2 do 10 lat więzienia. Uciekinierów zaocznie skazano na karę śmierci.

      MON wyciągnął też konsekwencje wobec Dowództwa Marynarki Wojennej. Posypały się nagany. Kilku wysokich rangą dowódców zostało odwołanych ze stanowisk. Wśród marynarzy rozpoczęto poszukiwania zdrajców, szpiegów i potencjalnych dezerterów. W ciągu następnych 2 lat z Marynarki Wojennej zwolniono ponad 250 oficerów i podoficerów. Kilkunastu oficerów i podoficerów oraz ponad 100 marynarzy aresztowano. Kilku z nich zostało skazanych na karę śmierci, wielu trafiło do więzień i na przymusowe roboty do kopalń węgla kamiennego i uranu. Z wybrzeża wysiedlono ponad 100 marynarzy i ich rodzin.

      ORP „Żuraw” został 8 sierpnia 1951 roku wykreślony z rejestru jednostek pływających Marynarki Wojennej i przemianowany na ORP „Kompas”. Zmieniono nawet sylwetkę okrętu. Wycofano go ze służby w 1977 roku.

      Epilog.

      24 sierpnia 1951 roku rząd szwedzki przyznał 12 marynarzom z „Żurawia” azyl polityczny. Ośmiu z nich wyjechało do Kanady. Ucierpiały rodziny uciekinierów, które pozostały w kraju. Były inwigilowane przez służbę bezpieczeństwa, pozbawiano ich pracy, nie dopuszczano na studia, publicznie piętnowano jako krewnych zdrajców ojczyzny…

      Paweł Głuszek

      Na podstawie: M. Bartlik-Dźwierzyńska, M. Niedurny, Uciekinierzy z PRL, Katowice-Warszawa IPN, 2009.

      ORP Żuraw

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Ucieczka „Żurawia”.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      docent73
      Czas publikacji:
      niedziela, 01 czerwca 2014 18:37
  • niedziela, 25 maja 2014
    • Tajemniczy Max von Oppenheim.

      Cesarz Niemiec Wilhelm II… kochał muzułmanów. Nie będziemy się tutaj spierać o to, czy rzeczywiście tak było, czy cesarz tylko udawał miłość mając na względzie cele polityczne. Nie to jest istotą naszej opowieści. Faktem jest, że Wilhelm II był zauroczony Wschodem i islamem. Z racji swoich zainteresowań nazywany był nawet muzułmańskim cesarzem Niemiec – hadżdżi Wilhelm. Ale prawdopodobnie nie byłoby to możliwe bez pewnego człowieka.

      Tabula rasa.

      Pod koniec XIX wieku wydawało się, ze cesarz Wilhelm II przejdzie na islam! Tak przynajmniej sądzono w Damaszku i Bagdadzie, po wizycie cesarza Niemiec w 1898 roku na Bliskim Wschodzie. Niemcy dla muzułmanów były krajem nieznanym. Ich wizerunek był, jak pisze S. McMeekin w swojej świetnej książce „Ekspres Berlin-Bagdad”: „tabula rasa” w porównaniu z Francją, czy Wielką Brytanią. Niemcy mogły być zatem uznane przez muzułmanów za… przyjaciół. Tego właśnie chciał cesarz Wilhelm II, tego chcieli niemieccy propagandziści, dziś powiedzielibyśmy – specjaliści od PR. To Niemcy miały stać się obrońcą islamu na Zachodzie, miały ratować muzułmanów przed europejskim imperializmem. Wierzył w to Wilhelm II, wierzyli muzułmanie. Wizyta Wilhelma II w 1898 roku w Turcji dała pangermanistom oręż do ręki. Rodził się niemiecki Drang nach Osten.

      Pojawia się Max.

      Jednym z najwybitniejszych przedstawicieli pangermanizmu był Max von Oppenheim – „czarna owca” bankierskiej dynastii Oppenheimów. Ogromne zasoby pieniężne, którymi dysponowała jego rodzina pozwalały mu podróżować, pisać, rozmyślać, zajmować się studiowaniem „egzotycznych” kierunków na uniwersytetach, parać dyplomacją.

      Max von Oppenheim urodził się w 1860 roku. Od najmłodszych lat interesował się Orientem. Mając 23 lata wyruszył w swoją pierwszą podróż na Wschód. Zwiedził Ateny, Smyrnę i Konstantynopol. Od samego początku zagustował w… kobietach Orientu. To „hobby” przerodziło się w manię kolekcjonowania wschodnich kobiecych strojów (miał ich przeszło 150 sztuk). W 1886 roku Max wyruszył w kolejną podróż, tym razem do Maghrebu. Nauczył się języka arabskiego, a w marokańskim Fezie nabył swoją pierwszą nałożnicę – arabsko-berberyjską piękność kupioną na miejscowym targu niewolników. Oppenheim cieszył się kobietą przez miesiąc, po czym wyzwolił ją i puścił wolno. Tak zresztą czyniło większość Europejczyków gustujących we „wschodnich, muzułmańskich dziewczętach”. Młody poszukiwacz przygód z Niemiec spędzał beztroski czas w Maroku…

      Droga kariery.

      W 1892 roku Oppenheim ostatecznie zrezygnował z kariery urzędnika i bankiera i związał swoją przyszłość z Orientem. Zorganizował wyprawę archeologiczną do Egiptu. Chciał zostać znawcą i koneserem kultury, religii i obyczajów wschodnich. Wynajął dom w Kairze, w którym mieszkał do 1909 roku. Tutaj prowadził swoje badania naukowe dotyczące Bliskiego Wschodu. Pierwsza wyprawa badawcza Oppenheima ruszyła z Bejrutu do Damaszku, a stamtąd w poszukiwaniu starożytnych ruin, do Mezopotamii. W jej trakcie niemiecki badacz i podróżnik poznał Beduinów… i uległ ich urokowi. Zafascynowali go pustynni nomadzi. Był to punkt zwrotny w jego życiu…

      Szczególnym zainteresowaniem Oppenheim obdarzył Beduinów z plemienia Szammar ze środkowej Arabii. Przewodził im klan Raszyda – jednego z pretendentów do dominacji na Półwyspie Arabskim. Opowieść o Szammarach w formie dziennika z podróży autorstwa Oppenheima zrobiła furorę wśród czytelników nie tylko w Niemczech. Cytował ją w swoich relacjach nawet T.E. Lawrence. W 1899 roku Oppenheim dokonał pierwszego odkrycia archeologicznego. Wydaje się jednak, że poza językiem arabskim, strojami i ciekawością obyczajów muzułmanów, znajomość Orientu była u niego powierzchowna. Raczej nie znał on literatury, czy historii islamu. Oppenheim nie był więc orientalistą w pełnym tego słowa znaczeniu. Był samoukiem i pasjonatem, ale z ogromną wiedzą.

      Jego dobra znajomość Wschodu zwróciła uwagę niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Człowiek taki jak Oppenheim – mający znajomości i obycie na Bliskim Wschodzie, mógł być przydatny niemieckiej dyplomacji, mimo żydowskiego pochodzenia młodego barona… Dla samego Oppenheima nie był to zresztą żaden problem – szybko wyrzekł się swojej religii i przeszedł na… katolicyzm. Dzięki protekcjom i znajomościom, Max von Oppenheim w 1896 roku dostał posadę w kairskim konsulacie Cesarstwa Niemiec. Stwierdzono, że może być przydatny jako „analityk regionu do spraw politycznych”.

      Dyplomata.

      Stosując pochlebstwa, Oppenheim szybko wzbudził zainteresowanie w Berlinie i zwrócił na siebie uwagę cesarza. W 1900 roku w Poczdamie spotkał się z Wilhelmem II na obiedzie. Było to ogromne wyróżnienie i sukces. Cesarz był zauroczony Oppenheimem i jego „znajomością bliskowschodniego regionu”. Uczynił go „radcą poselstwa” w Kairze. Od tej pory panowie często spotykali się na pogawędki o Bliskim Wschodzie. Cesarz uwielbiał słuchać opowieści o Oriencie z ust „znawcy Wschodu”. Szybko stało się jasne, że Oppenheim został osobistym doradcą cesarza w sprawach arabskich.

      W latach 1896-1909 Oppenheim przekazał niemieckiemu MSZ 457 raportów na temat polityki i stosunków arabskich. Tematyka dotyczyła przede wszystkim kwestii panislamskich, ale również polityki dynastycznej Arabów, zachowania Brytyjczyków na Bliskim Wschodzie, czy spraw religijnych. Oppenheim w swoich raportach twierdził, że Niemcy powinny bronić Arabów i Turków przed brytyjskim imperium. Był w swoich memorandach bardzo szowinistyczny i antybrytyjski. Było to typowe myślenie pangermanistów będące zresztą „wodą na młyn” dla cesarskiej Weltpolitik. Trafiało ono też celnie i skutecznie w gusta cesarza Wilhelma.

      Oppenheim uważał, że Niemcy powinny i muszą być przyjacielem sułtana i imperium osmańskiego oraz wszystkich muzułmanów – przeciwko Brytyjczykom i Francuzom. Wyróżniał przy tym wśród wyznawców islamu przyjaciół i wrogów Niemców. Wśród tych drugich sytuował m.in. syryjskich oraz maronickich, koptyjskich i ormiańskich chrześcijan. Nie chodziło w tym wypadku wcale o religię, ale przede wszystkim o to, czy dana ludność popierała, czy też nie popierała, przyjaciela cesarza – sułtana Abdula Hamida II. Za sojuszników Niemiec uznawał Oppenheim sunnickich muzułmanów, ale radził cesarzowi uważać na wahabitów i Mahdiego w Sudanie oraz jego zwolenników. Za proniemieckich uznawał też nacjonalistów egipskich w tym Mustafę Kamida.

      Uroki życia.

      Max von Oppenheim spędzał czas żyjąc w starej, arabskiej dzielnicy w Kairze, w wielkim pałacu z początku XIX wieku. Posiadał ogromny harem do którego co roku trafiały nowe niewolnice. W jednej części pałacu odbywało się oficjalne życie – gospodarz przyjmował gości z ambasad i konsulatów, w drugiej, prywatnej części – rozkoszował się kobiecym towarzystwem i urokami wschodniego żywota. Ale życie Oppenheima nie było tylko usłane różami. Szybko zwrócił na siebie uwagę Brytyjczyków, którzy uznali go za niemieckiego agenta. W 1906 roku w trakcie tzw. kryzysu Kaby, baron Oppenheim został przez Anglików publicznie posądzony o sprzyjanie rewolucjonistom i podburzanie ich przeciwko Wielkiej Brytanii. Niemiecki konsulat… nie zdementował tych twierdzeń. Czy zatem Oppenheim podżegał arabskich poddanych do wojny przeciw Wielkiej Brytanii? Wiele wskazuje na to, że… tak.

      Oppenheim twierdził, że „na fali antybrytyjskiego panislamizmu” Niemcy mogą zostać wyniesione do roli światowego mocarstwa. Był wizjonerem. W 1909 roku „niemiecki agent” w Kairze przejął radykalną gazetę arabską i rozpoczął kampanię nienawiści wobec Anglików. Zaniepokoiło to niektórych wpływowych Egipcjan i rząd egipski, który interweniował w niemieckim MSZ. Był to sygnał alarmowy dla mocodawców barona. Oppenheim posunął się za daleko. Dostał roczny, płatny urlop, a w 1910 roku oficjalnie zwolniono go z MSZ. Cesarz Wilhelm II mianował go jednak ministrem-rezydentem do specjalnych poruczeń.

      Na nowej drodze.

      Oppenheim nie zapomniał Anglikom upokorzenia i porażki. Musiał opuścić Kair, ale poprzysiągł zemstę. Miał z Albionem rachunki do wyrównania. Jeszcze nie raz w przyszłości pojawiał się na Bliskim Wschodzie. Ten poszukiwacz przygód, podróżnik, niespełniony dyplomata i orientalista-samouk, będzie czynnie uczestniczył w wydarzeniach na wschodzie w następnych latach. Będzie jednym z głównych aktorów i rozgrywających na scenie wydarzeń z lat 1914-1918 w tej części świata. Nie udało się Anglikom pozbyć ambitnego wizjonera, twórcy niemieckiego panislamizmu, człowieka, który swoimi działaniami wplątał Niemcy w bliskowschodnią politykę przerastającą dyplomatów Kaisera. Dobitnie pokazały to zresztą kolejne, wojenne już lata…

      Paweł Głuszek

      Na podstawie: S. McMeekin, Ekspres Berlin-Bagdad. Kajzer, islam i imperium osmańskie 1898-1918, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2012.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Tajemniczy Max von Oppenheim.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      docent73
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 maja 2014 19:08

Kalendarz

Lipiec 2014

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny